GRY
zachęcam do KOMENTOWANIA, zapisywania się do grup i domów w HOGWARCIE! "Ciężka praca i ból to najlepsi nauczyciele." (Filch)~ "Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, jest tylko władza i potęga. I mnóstwo ludzi zbyt słabych, by osiągnąć władzę i potęgę." (Quirrell)~ "To nasze wybory ukazują kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności." (Dumbledore) ~"Ból jest częścią człowieczeństwa." (Dumbledore)~ "Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywd, niż jawna niechęć." (Dumbledore)~ "Czarna magia to mnogość najróżniejszych środków agresji, zmiennych jak kameleon i odwiecznych jak zło i dobro. Walka z nimi przypomina walkę z wielogłowym potworem: utniesz mu jedną głowę, a natychmiast wyrośnie inna, jeszcze groźniejsza i sprytniejsza. To, z czym przychodzi nam walczyć, nigdy nie jest ustalone raz na zawsze, wciąż podlega zmianom, jest niezniszczalne." (Snape) ~ "Wielkość wzbudza zawiść, zawiść rodzi złość, złość sprzyja kłamstwom." (Voldemort)

niedziela, 4 maja 2014

opowiadanie konkursowe - Voldtrix.

Wreszcie! :-D wreszcie coś, co mnie zaskoczyło, a nie tylko Dramione i tak dalej. -,-" pracę nadesłała uczennica Slytherinu Domka Dorka S. :-) miłego czytania i zachęcam do oceniania prac w komentarzach w skali od 0 do 10. :-3




Miłość, nadzieja, prawda to tylko czynniki które prowadza do rozpaczy

Mała, czarnowłosa dziewczynka pchana ciekawością weszła do gabinetu w którym jej matka, często przesiadywała nocami. Nie bała się, że ktoś ją przyłapie, jej ojciec pochłonięty różnymi papierami z pracy nie zwracał na nią uwagi. Matka zaś była w Ministerstwie Magii, załatwiała ważne rzeczy. Elizabeth nie wiedziała jakie ale skoro jej matka zostawiła ją ze swoim mężem to musiało być to coś naprawdę ważnego. Bellatrix unikała jak ognia Rudolfa i starała się nie zostawiać z nim ich córki.
Gabinet pani Lestrange był małym kwadratowym pokoikiem z kilkoma regałami na książki, drewnianym biurkiem i krzesłem. Ściany były bordowe a podłoga wykonana z ciemnego drewna. Na biurku stały trzy zdjęcia. Jedno z nich przedstawiało mężczyznę o ciemnych brązowych włosach i czekoladowych oczach siedzącego na ławce w parku. Na jego kolanach siedziała znacznie młodsza od niego dziewczyna o czarnych lokach w wyzywającej, krótkiej czarnej sukience z koronkowymi wykończeniami. Wyglądali na zakochanych.
Drugie zdjęcie przedstawiało Elizabeth zaraz po urodzeniu na rękach swojej matki. Trzecie i zarazem ostatnie zdjęcie ku zdziwieniu Elizabeth przedstawiało trzy nastolatki. Jedną z pewnością najmłodszą o blond włosach i dwie o czarnych lokach. Jedna z nich dziewczyna o czarnych lokach w niebieskiej sukni do kolan stała obrażona pod drzewem podczas gdy pozostałe dwie leżały na trawie i uśmiechały się promiennie do aparatu co kilka sekund zmieniając pozycje. Dziewczynka rozpoznała w jednej z nich pannę z pierwszego zdjęcia. Było to jedyne magiczne zdjęcie w pomieszczeniu. Siedmiolatka myślała, że to zdjęcie będzie przedstawiało ślub jej rodziców a tymczasem nawet nie poznawała osób na zdjęciu.
Na drewnianym meblu leżało jeszcze pióra i atrament oraz zeszyt. Dziecko wiedząc że źle postępuje wzięło notatnik do rąk i przeczytało napis na stronie tytułowej.

Dziennik łamiący wszelkie ustanowione prawa.
Bellatrix Black

Przerzuciła na następną stronę zobaczyła dokładnie to samo zdjęcie trzech nastolatek, które przed chwilą oglądała. Kilka kolejnych stron było pustych. W połowie zeszytu natrafiła na opowiadanie. Zaczęła czytać:
Londyn 31 października1981
Nie, w 1981 zostało to spisane,
prawdziwa data nie jest
do końca znana/zapamiętana

Nieuzasadniona miłość

Ciemna, zakapturzona postać podążała mrocznym korytarzem wprost przed siebie z wysoko zadartą głową, zasłanianą przez czarny kaptur.
Voldemort – wielu drżało gdy usłyszało to nazwisko, ona nie. Wymawiała je często i bez najmniejszych oznak strachu czy zakłopotania. Nie bała się jego posiadacza wiedziała że on i tak nic jej nie zrobi.
Od kilku miesięcy młoda kobieta z powodzeniem unikała rodziny. Wiedziała jednak że nie może odwlekać tego co nieuniknione. Kiedyś będzie musiała stawić temu czoła. Ale jeszcze nie teraz. Teraz nie była gotowa. Potrzebowała więcej czasu na oswojenie się z tą myślą. Jednak jej czas się skończył. Jej życie było już przesądzone, a to co ona teraz wyprawiała nie miało najmniejszego znaczenia.
Tak więc próbując uciec od problemów popadła w aż za dobre relację z pewnym mężczyzną, pogorszyła tym samym stosunki ze swoim przyszłym mężem i całą rodziną. Doprowadziło to do obecnego stanu kobiety.
Blada i z dnia na dzień coraz chudsza z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi i ciężko opadającymi brwiami z długim, wachlarzem, czarnych rzęs. Wyglądała jak chodzący trup. Jej ciemne loki były jedynymi żywymi częściami jej ciała. Nawet zazwyczaj pełne pogardy, czarne oczy nie okazywały najmniejszych oznak życia. Miała rozszarpaną psychikę przez co cierpiała jej kondycja fizyczna. Prawie nie jadła, piła tylko ciemną, mocną kawę. Odzywała się do niewielkiej grupki osób i to też nie zbyt często. Jej różdżka od pięciu miesięcy nikogo nie torturowała, ani nawet nie zabiła. Znające ją osoby bały się o nią i zastanawiały czy długo jeszcze będzie mogła tak funkcjonować. Oni nie znali jednak całej prawdy. Słyszeli tylko i wyłącznie jakieś plotki. Ludzie mówili, że zwariowała, że nie daje sobie rady z byciem śmierciożercą. Bellatrix tylko śmiała się z tych plotek w duchu. Przyczyna była prosta i banalna, to była miłość, ale nie byle jaka. Miłość, która nie ma prawa skończyć się happy endem. Miłość, która nie miała prawa zasiać się a tym bardziej zakwitnąć.
To właśnie miłość i jej ciekawska rodzina doprowadziły ją do skrajnego wyczerpania psychicznego i fizycznego.
Dzisiaj szła się pożegnać z miłością swojego życia bowiem nigdy więcej nie miała go pocałować.
I pomyśleć że cała historia zaczęła się kiedy Bellatrix miała zaledwie szesnaście lat.



Szesnastoletnia Bellatrix Black stała pod drzwiami kuchennymi domu przy ulicy Grimland Place 12 nasłuchując głosów dobiegających z pomieszczenia.
Była bardzo ciekawa przebiegu rozmowy jej ojca z Czarnym Panem. Rzadko bowiem w tym domu pojawiał się ktoś tak ważny. Jej ojciec był w prawdzie Ministrem Magii ale wszelkie sprawy służbowe załatwiał w urzędowym gmachu.
    - Cygnusie – usłyszała nagle pełen jadu, zimny głos – pamiętasz chyba naszą umowę.
    - Oczywiście, pamiętam – głos jej ojca zarżał ledwo słyszalnie.
    - Więc dlaczego nadal nie zgadzasz się na wstąpienie w moje szeregi? - lodowaty głos przeszył ciało panny Black, jak by w jej stronę zostały skierowane te słowa.
    - Ja.. panie ja – pan Black zaczął się jąkać w swojej wypowiedzi, jak człowiek, który ma do wyboru śmierć swoją bądź bliskiej sercu osoby. Należy dodać jeszcze że człowiek ten nie jest zbyt skory do poświęceń.
    - Nie obchodzi mnie co masz do powiedzenia – zasyczał gość – masz wywiązać się z umowy. - ostre, zimne słowa powodujące zawroty głowy, nikt nie był by w stanie teraz myśleć logicznie.
    - Ta... - przybysz nie dał skończyć właścicielowi domu.
    - Albo nie... z niej będzie więcej pożytku... - na chwile nastała pełna niepokoju cisza – Bello choć tutaj, przecież nie ładnie jest podsłuchiwać.
Drzwi otworzyły się a oczom panny Black ukazała się przestronna kuchnia. Na środku stał duży stół a ściany obstawiały rozmaite szafki projektowane przez największych Francuskich i Włoskich projektantów XV w kiedy to budynek przechodził największą renowacje w jego historii. Uchwyty w kształcie węży i zielone ściany, ciemnobrązowe deski dębu jako podłoga i dwaj mężczyźni. Obaj bladzi jak trupy. Jeden ze strachu, a drugi z karnacji. Byli równi wzrostem, obaj mieli na sobie identyczne eleganckie czarne szaty. Oboje byli olśniewająco przystojni. Pan Black posiadał czarne loki i tego samego koloru oczy a jego gość brązowe gładko ułożone proste włosy i pełne najwyższej pogardy oczy. Obaj mężczyźni wpatrywali się w nastolatkę. Jej ojciec z przerażeniem. Jego gość pożądliwie, ilustrował ją wzrokiem, najdłużej przyglądał się jej dużym piersiom co nie podobało się dziewczynie a tym bardziej jej ojcu.
    - A co jeśli się zgodzę? - zapytał nagle Cygnus, chyba chcąc sprawić aby TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ przestał rozbierać wzrokiem jego córkę. Niestety bez powodzenia. Brązowo włosy dalej czujnie obserwował najstarszą córkę państwa Blacków nie okazując nawet najmniejszego zainteresowania słowami Ministra. Dziewczyna przywarła do drzwi i oddychała miarowo, z niecierpliwością czekając na dalszy rozwój sytuacji.
    - Nic się nie stanie – powiedział brązowooki bez entuzjazmu.
    - Jak to? - Cygnus nie krył zdziwienia i frustracji.
    - Nie dotrzymałeś umowy – białoskóry uśmiechną się pogardliwie, wycelował różdżką w Bellatrix i od niechcenia wypowiedział zaklęcie – Morsmorte.
Nastolatka poczuła palący ból lewego przedramienia. Nie krzyknęła jednak ani nie upadła na podłogę. Zacisnęła mocno zęby i pięści starając się nie wydać najmniejszego dźwięku. Do jej oczu napłynęły łzy bólu jednak zatamowała je tak jak umiała. Teraz miała tylko szkliste oczy,
Voldemort patrzył się na nią z podziwem a Cygnus z niepokojem. W końcu ból ustał a ona z wyczerpania osunęła się na podłogę i zemdlała.

Gdy się obudziła nie była już w domu przy Grimlaund Place. Nie była też w Św. Mungu, żadne znajome miejsce nie przychodziło jej do głowy.
    - Gdzie ja jestem? - wychrypiała ledwo słyszalnie. Nie usłyszała jednak żadnej odpowiedzi.
Rozejrzała się. Znajdowała się w pomieszczeniu pogrążonym w półmroku. Leżała na bordowej gotyckiej kanapie naprzeciwko kominka w którym smętnie podskakiwały płomienie. W całym wielkim pomieszczeniu znajdowało się dwoje drzwi. Jedne drewniane i z pewnością ciężkie drugie wykonane zostały z ciemnego szkła. Z pewnością prowadziły na balkon. Na ścianie z ciemnymi drzwiami było jeszcze kilka ciemnych okien przez które nie wpadało światło. Pozostałe ściany przykryte zostały przez ciemne regały uginające się pod ciężarem książek. Na podłodze leżały czerwone dywany. Cztery stopy od dziewczyny stał mały, pusty, drewniany stolik.
Bellatrix zaczęła się zastanawiać po co ktoś się fatygował i przeniósł ją do tego pomieszczenia. Nagle przypomniała sobie pożądliwy wzrok Czarnego pana i zaczęła dogłębnie oglądać swoje ciało w poszukiwaniu jakich kol wiek oznak bezprawia zastosowanego na jej ciele. Nie natrafiła jednak na żadne ślady przemocy. Jej wzrok przykuł jednak tatuaż na jej lewym przedramieniu. Przedstawiał on czaszkę z rozwartymi ustami. Z rozwartych warg wysuwał się jak by język, nie był to jednak zwyczajny język, wyglądał jak wąż. Po kilku minutach Bella uświadomiła sobie, że to naprawdę jest wąż. Pomyślała że dziwne znamię musiało powstać kiedy SAMI-WIECIE-KTO rzucił na nią ten dziwny, nieznany jej czar. Z pewnością sam Voldemort wymyślił to zaklęcie, do naznaczania swoich zwolenników... albo raczej niewolników. Postanowiła dotknąć znaku, sprawdzić co się stanie. Jej palce dzielił już tylko cal od skóry gdy drzwi nagle się otworzyły a do środka wszedł mężczyzna. Był to osobnik wysoki, dobrze zbudowany, z pewnością około czterdziestki. Miał brązowe włosy gdzie nie gdzie poprzetykane siwizną, błyszczącą w świetle kominka.
    - Nie dotykaj tego wariatko! - krzykną na przywitanie a Bella błyskawicznie odsunęła rękę od ręki i podciągnęła kolana pod brodę.
Spojrzała się z przerażeniem na jegomościa i kurczowo owinęła ręce wokół nóg jak by to miało zapewnić jej bezpieczeństwo. Śmierciożerca (którym z pewnością był ów facet) wyciągną różdżkę i zapalił wszystkie światła w pomieszczeniu. Teraz ślizgonka mogła mu się uważnie przyjrzeć. Ubrany był w zwykłą czarną szatę z butami pod kolor. Miał szare oczy i twarz przywodzącą na myśl profesor McGonagal. Srogi wyraz, wąskie wargi. U nauczycielki transmutacji wyglądało to niemal ładnie, temu mężczyźnie jednak taki wygląd twarzy zupełnie nie pasował do umięśnionej postury. Trzeba by było być wariatem aby nazwać go ładnym, a co dopiero przystojnym.

    - Gdzie ja jestem? - zapytała, nie spodziewając się że usłyszy odpowiedź.
    - W siedzibie śmierciożerców – odpowiedział szorstkim pozbawionym uczuć głosem.
Zmienił wyraz twarzy na zaciekawiony, w ułamku sekundy przestał przypominać wi-ce dyrektorkę Hogwartu. Przyjrzał się córce Ministra, również tak jak jego szef zawiesił wzrok na jej biuście.
    - Proszę się tak nie gapić – warknęła sfrustrowana.
    - Niby czemu? Nie masz różdżki, jesteś znacznie słabsza. Nie masz szans w starciu ze mną – czarnowłosa dopiero teraz uświadomiła sobie, że rozmawia z człowiekiem kompletnie pijanym, a co najgorsze ten człowiek miał racje. Nie miała różdżki, była bezbronna. Ogarnęła ją panika, ten człowiek mógł zrobić z nią co tylko chciał a ona nie mogła w żaden sposób mu w tym przeszkodzić.
Patrzyła na swoje kolana rozmyślając gorączkowo. Mężczyzna w tym czasie usiadł obok niej na kanapie i stopniowo się do niej przybliżał. Nie wiedziała do czego jest zdolny pijany śmierciożerca. Wiedziała jednak, że jest w wielkim niebezpieczeństwie.
Szarooki zbliżył się do niej już na tyle, że czuła jego nierówny oddech na swoim karku. Nie miała zamiaru tak stracić dziewictwa. Nie z takim starym zboczeńcem. Nie w taki sposób. Nie w tym miejscu. Nie z nim. Po prostu nie teraz! Wiedziała jednak, że mężczyzna jest nieobliczalny i w starciu przeciwko niemu nie ma najmniejszych szans. Zgwałci ją bez najmniejszych skrupuł. Pewnie będzie się jeszcze z tego śmiał i chwalił kolega jak to poniżył pierworodną córkę „wielkiego Blacka”.
Przejechał szorstkimi palcami po jej podbródku, złapał go i kazał spojrzeć sobie w oczy. Miał w nich wymalowane pożądanie. Bellarix jeszcze nigdy nie widziała tak zachłannego spojrzenia. Zamknęła oczy. Oczekiwała najgorszego, jednak nic się nie wydarzyło. Lew przedramię zapiekło ją tak że aż otworzyła oczy. Spojrzała na mężczyznę on też zaciskał kurczowo prawą rękę na lewym nadgarstku. Siedział tak przez chwile po czym wyszedł zostawiając otwarte drzwi.
Reakcja dziewczyny była natychmiastowa, wstała, wyszła i zaczęła śledzić mężczyznę. Podążając za nim długim korytarzem aż dotarli do mosiężnych drzwi. Śmierciożerca wszedł do środka a Bella jak cień wsunęła się za nim nie zauważona.
W pomieszczeniu było już z pięćdziesiąt osób w tym sam Lord Voldemort. Półmrok ułatwił nastolatce schowanie się w koncie i z stamtąd dokładny przebieg całego zebrania i ocenienie swojej sytuacji.
    - Malcolmie melduj – przemówił zimny głos.
    - Wszystko zgodnie z planem. Dziewczyna z pewnością niedługo będzie próbowała uciec – zdanie owo wypowiedział mężczyzna za, którym Bellatrix tutaj przyszła. Pomyślała, że śmierciożercy jej nie doceniają.
    - W takim razie świetnie – klasną w dłonie i zapalił kilka dodatkowych świec rozświetlając środek pomieszczenia. Rogi pustego pokoju cały czas pozostawały bezpieczną ciemną kryjówką. - Jak ją złapiecie macie przyprowadzić prosto do mnie.

Nic więcej nie było godne uwagi. Omawiali ostatni nieudany napad na Dumbledora i TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ stwierdził, że ma nowy plan jednak powie go tylko kilku nielicznym osobą, których on będzie dotyczył. Czarodzieje zaczęli opuszczać salę, dziewczyna wmieszała się w tłum i także wyszła. Ruszyła biegiem do sali w której się obudziła, okazało się że bardzo dobrze pamięta drogę. Postanowiła nie dać tym ludziom satysfakcji z tego, że przewidzieli czyjeś kroki. Po pięciu minutach, kiedy to jej oddech zdążył się już uspokoić do pomieszczenia wszedł brązowo włosy przystojny mężczyzna. Nie zauważył jej, podszedł do jednego z regałów z książkami, wyją pierwszą z brzegu a regał zamienił się w barek z Ognistą Whiskey. Pociągną spory łyk mocnego trunku prosto z butelki. Usiadł na fotelu niedaleko, który pojawił się po wyjęciu innej książki z regału po lewej stronie barku. Wypił już z połowę butelki gdy nagle uświadomił sobie, że ktoś się mu przygląda. Zza oparcia kanapy wystawała para ciemnobrązowych prawie czarnych, przestraszonych oczu.
    - Więc jednak nie próbowałaś uciec? - zapytał ciepłym głosem zupełnie nie przypominającym tego szorstkiego, którym posługiwał się przy większości ludzi.
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała tylko przecząco głową. Voldemort uśmiechną się pobłażliwie. W żołądku nastolatki coś podskoczyło. Nie była pewna co spowodowało to nagłe ożywienie jej układu pokarmowego wiedziała jednak, że ma to coś wspólnego z tym uśmiechem.
Wszystko wydarzyło się tak szybko a jednak jak w zwolnionym tempie. W jednej chwili przyglądała się mężczyźnie zza kanapy a w drugiej piła z nim wino skrzatów, gdyż Voldemort zrezygnował z Whiskey. Bella nigdy nie dowiedziała się dlaczego. Kolejnym punktem programu była romantyczna muzyka, zgaszenie światła i kilka świec nadających wnętrzu romantyczny i upiorny nastrój. Tak taki wieczór był zdecydowanie spełnieniem marzeń Belli, dokładnie w takich okolicznościach chciała stracić swoją cnotę i niewinność. Co do kolejnych wydarzeń, lepiej ich nie podglądać. To przecież ich prywatne sprawy.

To wydarzyło się tak dawno, a ona nadal pamiętała jak by to było wczoraj. Miłe uczucia które temu towarzyszyły nie opuszczą jej do końca życia. Gdyby tak mogła ożenić się z Tomem a nie Rudolfem, jej życie było by o wiele prostsze. Niestety musiało być ciężkie i skomplikowane. Stała przed drewnianymi drzwiami, zawahała się. Nie była pewna czy jest gotowa na to spotkanie. Jednak jeśli teraz tego nie zrobi już nigdy może nie mieć do tego okazji. Zapukała, drzwi otworzył jej mężczyzna o brązowych włosach oraz czekoladowych tęczówkach. Przez siedem lat ich wspólnej znajomości zdążyła już wiele razy zapatrzeć się w jego oczach, zawsze jednak było to dla niej wspaniałym uczuciem. Stała przed miłością swego życia, przed mężczyzną, z którym to przestała być cnotką. Były to dla niej wspaniałe i jednocześnie krępujące wspomnienia. Gdy zdawała sobie sprawę z tego, że On jest w wieku jej ojca. Cóż miłość nie wybiera.
    - Witam Bello – uśmiechną się łobuzersko – Widzę że kokieteryjna jak zawszę.
Dwudziestotrzyletnia kobieta zarumieniła się. Uwielbiała niegrzeczne a zarazem takie dystyngowane komentarze Riddla. Tom miał rację Bellatrix zawsze ubierała się w czarne podkreślające talię i biust krotkę sukienki zazwyczaj z koronkowymi wykończeniami. Do tego stroju dzisiaj ubrała elegancką pelerynę i glany. Cały czarny stój idealnie kontrastował z jej niemal białą karnacją. Jedynie pełne usta miały barwę ciemnej czerwieni. Był to ich naturalny odcień dzięki czemu ich właścicielka mogła zaoszczędzić na kupowaniu pomadek. Nieuporządkowane jak zawsze loki związane zostały w niesfornego, długiego kucyka. Pojedyncze loczki co jakiś czas opuszczały gumkę i wpadały ich właścicielce na oczy. Denerwowały ją i często groziła im obcięciem, nigdy nie dotrzymała obietnicy. Wśród loczków chodziły plotki, że za bardzo je lubi. Weszli do pokoju. Był to ten sam pokój w którym jako szesnastolatka ocknęła się po feralnym spotkaniu jej ojca z obecnym wybrankiem jej serca. Wystrój przez siedem lat nie zmienił się ani trochę. No może teraz zapalone było więcej świec.
    - Tom – zaczęła niemal z płaczem kobieta – musimy poważnie porozmawiać.
    - Wiem.
    - O tym, że musimy porozmawiać, czy o tym o czym chcę z tobą porozmawiać?
    - Bello jesteś jedną z nielicznych osób które potrafią mnie oszukać – powiedział tonem jak by tłumaczył komuś bardzo tępemu coś co jest bardzo proste. Bella wzdychnęła.
    - Ja – zawahała się – ty wiesz, że nie możemy nigdy być... - przerwał jej, nie pozwolił dojść do słowa, które miało zrujnować ich wspólnie przeżyte chwile.
    - Wiem. Jednak razem możemy... - tym razem ona nie dała mu dokończyć.
    - Nie możemy.
Wyszła z pokoju. Po jej policzkach spływały łzy. W gumce znajdowały się już tylko co spokojniejsze włoski. Nie miała siły.
Szła ciemna ulicą, drogi nie rozświetlała jej żadna latarnia. Jak by całe światło nagle wyparowało z planety. Na tej ponurej uliczce znajdowało się jej obecne miejsce zamieszkania. Juto miało się to wszystko mienić. Miała zamieszkać w rezydencji Lestragów jako żona Rudolfa. Nienawidziła go, przyprawiał ją o mdłości. Był w prawdzie przystojny ale mimo iż miał dwadzieścia-cztery lata wciąż zachowywał się jak nastolatek. Ona wolała mężczyzn dojrzałych takich jak Voldemort. Wzięła szybki prysznic. Była zmęczona tym dniem, chociaż nie robiła dzisiaj nic co mogło by pozbawić ją siły, no może z wyjątkiem tej rozmowy z Tomem. Tak to ta rozmowa z pewnością ją tak wykończyła.
Zasnęła momentalnie.

Podążała do ołtarza kurczowo trzymając się ręki ojca aby nie upaść. Wzrok wbiła w urzędnik. Postanowiła unikać wzroku przyszłego męża. Na białych krzesłach siedziało mnóstwo gości. Cała uroczystość odbywała się na łące w pobliżu lasu. Panna młoda rozejrzała się dyskretnie, nigdzie nie zauważyła Toma. Potknęła się o długa suknie suknie i była by upadła gdyby nie złapała się ręki ojca oboma dłońmi. Przez ułamek sekundy jej wzrok padł na jej przyszłego męża. Ujrzała brązowe włosy i czekoladowe tęczówki.
    - To nie możliwe – wypowiedziała szeptem. Nikt jednak nie wydawał się tym faktem zdziwiony, nikt oprócz Bellatrix.
    - Bello, Bello – usłyszała głos swojej siostry Narcyzy. Spojrzała się w jej strone, była ona jednak całkowicie pochłonięta rozmową z Lucjuszem Malfoyem. Z pewnością nie mogła jej wołać.
    - Bellatrix! - znowu ten głos. Poczuła jak ktoś szarpie ją za rękę. Nikogo jednak nie zauważyła. Dotarła już do ołtarza i jej ojciec odszedł w stronę ławki.
Stanęła przed Voldemortem. Rozejrzała się i nagle z przerażeniem krzyknęła. Za kwitnącym bzem stał wilkołak z blond włosami jej siostry. Mrugnęła kilka razy, wilkołak przemienił się w jej siostrę.
    - Cyziu – wydała zduszony dźwięk.
    - Jestem tu. Bello otwórz oczy – poprosiła. Kobieta jednak nie wiedziała o co jej chodzi. Miała otwarte oczy i wszystko widziała normalnie. O co więc mogło chodzić jej siostrze?
Mrugnęła jeszcze kilka razy i jej oczom ukazał się pokój. Mała komoda dwoje drzwi, stare lustro i Narcyza Black.
    - Nareszcie się obudziłaś – mruknęła blondynka – O czym śniłaś? Krzyczałaś.
    - Krzyczałam? - było to dla niej zdziwieniem. Dlaczego miała by krzyczeć kiedy był to jeden z najpiękniejszych snów w jej życiu. No właśnie snów.
    - Nie ważne. Przez to, że nie chciało Ci się wstać mamy tylko sześć godzin do przygotowania Cię na ślub.
    - My? - Bella uniosła sceptycznie brwi.
    - Tak, my – do pomieszczenia weszła Druella Black.
    - A no tak, zrobicie ze mnie porcelanową lalkę. Poczekajcie tylko wyłączę sobie mózg – mruknęła zrezygnowana panna młoda.
Przez kolejne sześć godzin była zdobiona przez siostrę i matkę. Gdy pół godziny przed godziną trzynastą (chociaż Bella wolała ją nazywać godziną utraty wolności) blondynki skończyły przygotowania brunetki do ślubu, kobieta nie mogła siebie poznać. Stanęła przed lustrem i wpatrywała się w obce odbicie. Miała na sobie długą białą, tiulową suknię. Jedno ramiączko połączone było z gorsetem. Po przyozdabiane różami i perełkami. Białych, bardzo nie wygodnych szpilek nie było widać z pod sukni. Kobieta zastanowiła się czy coś by się stało gdyby zdjęła buty i do ołtarza ruszyła na boso. Zrezygnowała z tego pomysłu, ponieważ jej siostra od razu by zauważyła o ona nie chciała znosić jej narzekania.; Czarne loki splecione zostały w warkocz i delikatnie upięte w eleganckiego koka. Całość zdobiła stara niebieska spinka po babci Druelli Black.

Szła prowadzona przez ojca do ołtarza na końcu białego namiotu w którym to odbywała się ceremonia ślubna. Za nią podążała jej siostra, Narcyza i przyjaciółka blondynki Alicja jako jej druhny. Na krzesłach ustawionych w rzędach na długości całego namiotu siedziały bardziej lub mniej znane Bellatrix osoby. Wśród gości rozpoznała swojego kuzyna Evana Rosiera oraz Syriusza i Regulusa Black. Zauważyła większość żyjących członków rodu Black i Rosier, a także Lestrange i ich znajomi. Większości twarzy nie rozpoznawała.
Przy ołtarzu stał Rudolf jego brat jako świadek oraz jego rodzice. Stał tam również urzędnik Ministerstwa Magii, który z pewnością miał im udzielić ślubu. Pani Black była szczęśliwa, że jej pierworodna w końcu wychodzi za mąż i to za mężczyznę z czystą krwią. Andromeda, młodsza siostra Belli dwa lata temu została żoną szlamy dzięki czemu doprowadziła swoją matkę do depresji, z której kobieta otrząsnęła się dopiero kilka miesięcy temu. Dzisiaj nie przypominała tej osoby, była uśmiechnięta a jej oczy świeciły iskierkami radości a nie łzami. Miała na sobie liliową suknie na ramiączkach. Włosy pozostały rozpuszczone jednak zakręciła je w leciutkie loki, z pewnością za pomocą zaklęcia. Dzisiaj nikt by jej nie posądził, o to że przechodziła depresję. Wręcz przeciwnie, pomyślał, by iż jest kobietą pełną życia, której wszystko układa się tak jak zaplanowała.

Bellatrix stanęła przed Rudolfem. Wpatrywała się w mężczyznę u dzielącego im za chwile ślubu. Bała się tego co zaraz ma nastąpić. Musiała złożyć przysięgę, ożenić się z mężczyzną który był dla niej nikim,brzydziła się go. Zaczęła błądzić wzrokiem po gościach, chcąc wyszukać czekoladowych tęczówek. Nie napotkała ich niestety na swojej drodze. Zrezygnowana powróciła wzrokiem na urzędnika. Przemówił on skrzekliwym głosem.
    - Zebraliśmy się tu dziś aby połączyć węzłem małżeńskim tych oto dwoje, młodych ludzi – słowa zostały powitane długim aplauzem ze strony publiczności – Rudolfie Lestrange... Czy przysięgasz miłość, wierność i oddanie oraz że nie opuścisz aż do śmierci wybranki swojego serca, Bellatrix Black?
Zapadła cisza. Pan młody analizował przez chwilę słowa w głowię. Dobrze wiedział co ma powiedzieć jednak grał na czas budując napięcie wśród zebranych, nie wtajemniczonych w plan swatania ich dwojga.
    - Przysięgam – zebrani jak by na zawołanie wypuścili z płuc głośno powietrze.
    - Bellatrix Black... Czy przysięgasz miłość, wierność i oddanie oraz że nie opuścisz aż do śmierci wybranka swojego serca Rudolfa Lestrange?
W głowię kobiety trwała wojna myśli. Miała ochotę uciec spod ołtarza. Spuściła wzrok w miejsce gdzie powinny być jej stopy zobaczyła jednak tylko biały tiul sukni ślubnej. Wiedziała, że wszystkie spojrzenia utkwione są właśnie w niej. Napięcie unoszące się w powietrzu. Wstrzymane oddechy wszystkich w namiocie.
    - Nie rób tego – usłyszała głosik w swojej głowię – przecież tego nie chcesz.
    - Ale musisz to zrobić – mówił drugi.
    - Nie kochasz go. Zmarnujesz sobie życie – próbował ją przekonać pierwszy.
    - Zmarnujesz trudy rodziców – drugi nie dawał za wygraną.
    - A co ją obcho...
    - Przysięgam! - stanowczo powiedziała Bellatrix przerywając walkę myśli. Nastąpił głośny aplauz po którym jeszcze raz odezwał się prowadzący uroczystość.
    - Czy jest ktoś przeciwny temu związkowi?
Wszyscy byli przekonani iż ten moment zostanie przemilczany, iż nikt się nie odezwie. A na pewno nie on.
Z krzesła na samym końcu namiotu podniósł się mężczyzna o brązowych włosach i czekoladowych tęczówkach. Bella wszędzie rozpoznała by te oczy, należały one do...
    - Ja Tom Marvolo Riddle sprzeciwiam się temu małżeństwu!
Salą wstrząsnęło zdziwienie i niepokój. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu akcji. Czarnowłosa kobieta stojąca przy ołtarzu spojrzała się prosto w brązowe oczęta. Zapomniała na chwilę o całym świecie. Chciała wskoczyć mu w ramiona, pocałować go. Nie mogła tego jednak zrobić. Czuła euforie, wściekłość i smutek. Z jej oczu po płynęły łzy a Voldemort kontynuował.
    - Czy dwójka ludzi którzy się nie na widzą mogą zawrzeć pakt miłości?
    - Tak! - histeryczny, krzyk wydobył się z gardła Druelli Black – Może! Związki prawdziwych czarodziei zawsze są ustawiane i nie było jeszcze znanego mi przypadku aby któreś z tych małżeństw zostało zawarte z miłości!
Kolejna fale zdziwienia przeszła przez zebranych. Cygnus Black wyglądał jak by go zamurowano a uprzednio trafiono zaklęciem powodującym konfuzję. Wydaje, się że każdy by tak wyglądał gdyby nagle usłyszał od swojej drugiej połówki iż żyła z nim ponad dwadzieścia lat, miała z nim dzieci i wcale go nie kochała! Przecież to przeczyło wszelkim ideologiom wspólnego życia.
    - Rozumiem wiele rzeczy, ale tego akurat nie – TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ był kompletnie zdezorientowany.
    - To proszę przeczytać sobie książkę o rodach czarodziei czystej krwi i wyjść stąd – blondynka była niezadowolona wystąpieniem ciemnowłosego. Wcześniej wymieniony nie opuścił namiotu jednak usiadł na swoim poprzednim miejscu.
Dwudziestoparolatka w białej sukni stała na ołtarzu cały czas utrzymując kontakt wzrokowy z Riddlem. Była zadowolona z tego, że przyszedł, wsparł ją w tej trudnej chwili. Przeszkadzało jej jednak iż chciał nie dopuścić do jej ślubu z Lestrangem. Nienawidziła go, ale teraz z pewnością straci resztki wolności, które jej pozostawały jeszcze przed pięcioma minutami.
    - Skoro nikt nie ma nic przeciwko – zaskrzeczał, uśmiechnięty od ucha do ucha pracownik Ministerstwa – ogłaszam was małżeństwem i pozwalam się pocałować.
Młodzi zbliżyli do siebie głowy i delikatnie i krótko niemal nie dotykając swoich warg się pocałowali. Mimo iż trwało to tylko kilka sekund Bellatrix omal nie zwróciła śniadania. Przeraziła się iż ma z nim spędzić resztę życia. Tak bardzo chciała by na miejscu Rudolfa był Tom z którym aktualnie i aż do końca imprezy utrzymywała kontakt wzrokowy.
Próbowała się upić, jednak miała bardzo silną głowę i nawet kiedy większość gości była już nieprzytomna jej nawet nie kręciło się w głowie. Wszystko po to aby nie pamiętać tego dnia, jej starania poszły niestety na marne. Nad ranem kiedy to już większość na czele z jej mężem już posnęli na siedzeniach mogła wreszcie porozmawiać sam na sam z miłością życia.
Niedaleko namiotu stał dom rodziców Rabasiana i jego brata. Kochankowie znaleźli wolny pokój, zamknęli go zaklęciami i zaczęli rozmowę. Była to dla nich trudna sytuacja. Bella musiała wytłumaczyć ukochanemu że nie mogą teraz utrzymywać żadnej znajomości. Chodziło głównie o to że jest spalony u wszystkich będących na ślubie. Nie było innej rady, potajemne spotkania mogły by zostać zbyt szybko odkryte a otwarta znajomość czy romans źle przyjęty przez społeczeństwo.
Zapadła cisza, żadne z nich nic nie mówiło. Decyzja została podjęta, muszą zerwać kontakty. Pożegnanie, na pewno nie takie jak na nieznajomych przystało. Delikatne subtelne pocałunki nie w policzki a w usta. Ręce zaplątane we włosy. Usta mężczyzny opuszczają bezpieczne granice warg mężatki i przechodzą do pieszczenia innych części ciała lubej swojego właściciela.
Tej pamiętnej nocy widzieli się po raz ostatni, a pamiątką ich krótkiej chwili zapomnienia stała się Elizabeth. Bo choć w papierach zawsze pozostawała córką Rudolfa zawsze jej ojcem był, jest i będzie Voldemort. Najgorszy człowiek jaki

W tym momencie zdanie nagle się urywa. Bez żadnego zakończenia. Elizabeth zeszyt wypada z rąk. Nie może uwierzyć w to co przeczytała. Upuszczając książkę wysuną się z niej list. Rozpakowała go i przeczytała. Zapisany był szybko i niestarannie.

Kochana Bellatrix!

Wiem, że pewnie nie chcesz mnie znać. Chcę jednak abyś wiedziała, że ja wciąż Cię kocham! Jak pewnie wiesz idę dzisiaj do Potterów, z kolei odwiedzę Rudolfa i nic nie stanie na drodze do naszego szczęścia. Pozdrów Elizabeth, wiem, że jest moją córką.
Twój na zawsze Ci oddany Tom!
Skończyła czytać list, gdy nagle drzwi się otworzyły. Staną w nich mężczyzna niski, z denka przy tuszy. Miał brudne jasne włosy i również brudne szaro-zielone ubrania. Trzymał w ręku różdżkę i rozglądał się nerwowo po pomieszczeniu.
    - Gdzie Bellatrix? - zapytał szorstko.
Dziewczynka spojrzała się na niego jak na wariata i nic nie odpowiedziała.
    - Dobra zapytam inaczej – warkną – gdzie taka w czarnych lokach, czarnej sukni w... o taka jak na zdjęciu – podszedł do biurka i wziął w rękę zdjęcie ciemnowłosej nastolatki siedzącej na kolanach starszego od siebie mężczyzny.
    - Nie wiem kto to – odpowiedziała piskliwym głosem dziewczynka
Widać było iż mężczyzna chce jeszcze coś powiedzieć jednak nie zdążył, ponieważ do pomieszczenia weszło jeszcze trzech mężczyzn jeden ten co zabrał głos o ciemnej skórze.
    - Moddy dom jest pusty chodźmy słyszałem że Longbottomowie zaginęli.
Ten nazwany Moddym nie ruszył się tylko ilustrował wzrokiem dziecko. Jego wzrok zatrzymał się na pamiętniku.
    - Daj mi to – nakazał
Dziewczynka posłusznie oddała nieznajomemu to o co prosił. Przewertował kartki oddał sowiemu kompanowi ze słowami.
    - To może być kopalnia dowodów – i wyszedł a za nim dwóch o białej skórze.
Ciemnoskóry został w gabinecie. Usiadł na podłodze w 'kwiecie lotosu' i wyczekująco wpatrywał się w drzwi. Siedział tak ponad godzinę gdy nagle usłyszał krzyki kobiety.
    - Ty jesteś nienormalny! Ten jeden jedyny raz Ci zaufałam a ty mnie zawiodłeś!
Krzyki ustają i wyraźnie słychać tupot obcasów. Do pomieszczenia wchodzi Bellatrix Lestrange w czarnej sukni i pelerynie. Jej włosy wirują we wszystkie strony a po mokrych śladach na policzkach i zaczerwienionych oczach można wyczytać, że niedawno płakała. Jej wzrok od razu pada na biurko na którym brakuje zeszytu oraz na przestraszoną córkę stojącą pod jednym z regałów z książkami. Podbiega do niej i mocno przytula mocząc jej włosy łzami. Następnie słychać trzask deportacji i w pomieszczeniu pojawia się ów blondyn który kazał oddać Elizabeth notatnik. Odrywa Bellatrix od jej córki, zakłada na jej dłoniach kajdanki. Ona bez oporu pozwala mu się wyprowadzić z budynku gdzie już czeka Rita Sketer ze swoim piórem i pergaminem aby napisać relację z aresztowania jednej z najbardziej szanującej się rodziny arystokratycznej.
    - Jak skomentujesz swoje zatrzymanie? - pyta ze sztucznym uśmieszkiem. Przed budynkiem zebrał się już tłum gapiów którzy przyszli pooglądać poniżenie wielkiej Madame Lestrange.
    - Voldemort jeszcze tu wróci! – krzyknęła. Zebrani stanęli jak wryci, niektórzy wydali z siebie mniej lub bardziej zduszone i zamaskowane piski.
    - Wymawiasz to imię? - zapytała z przestrachem Rita.
    - Jak najbardziej. A jeśli chcesz wiedzieć dlaczego, sądzę, że jeśli Alastor udostępni Ci mój dziennik znajdziesz wiele odpowiedzi na jeszcze nie zadane pytania.
Razem z aurorem deportowali się do Azkabanu gdzie będzie oczekiwała na proces.

3 komentarze:

  1. Oceniła bym i tę miniaturkę ale należy ona do mnie więc się powstrzymam. :P

    OdpowiedzUsuń
  2. .....oooo....
    Jest jedną z miniaturek, która mi się bardzo podoba....
    10/10
    Nie mam nic do dodania ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. 10/10 nie ma opcji ,żeby było inaczej

    OdpowiedzUsuń