Miłość, nadzieja,
prawda to tylko czynniki które prowadza do rozpaczy
Mała, czarnowłosa
dziewczynka pchana ciekawością weszła do gabinetu w którym jej
matka, często przesiadywała nocami. Nie bała się, że ktoś ją
przyłapie, jej ojciec pochłonięty różnymi papierami z pracy nie
zwracał na nią uwagi. Matka zaś była w Ministerstwie Magii,
załatwiała ważne rzeczy. Elizabeth nie wiedziała jakie ale skoro
jej matka zostawiła ją ze swoim mężem to musiało być to coś
naprawdę ważnego. Bellatrix unikała jak ognia Rudolfa i starała
się nie zostawiać z nim ich córki.
Gabinet pani Lestrange był
małym kwadratowym pokoikiem z kilkoma regałami na książki,
drewnianym biurkiem i krzesłem. Ściany były bordowe a podłoga
wykonana z ciemnego drewna. Na biurku stały trzy zdjęcia. Jedno z
nich przedstawiało mężczyznę o ciemnych brązowych włosach i
czekoladowych oczach siedzącego na ławce w parku. Na jego kolanach
siedziała znacznie młodsza od niego dziewczyna o czarnych lokach w
wyzywającej, krótkiej czarnej sukience z koronkowymi wykończeniami.
Wyglądali na zakochanych.
Drugie zdjęcie
przedstawiało Elizabeth zaraz po urodzeniu na rękach swojej matki.
Trzecie i zarazem ostatnie zdjęcie ku zdziwieniu Elizabeth
przedstawiało trzy nastolatki. Jedną z pewnością najmłodszą o
blond włosach i dwie o czarnych lokach. Jedna z nich dziewczyna o
czarnych lokach w niebieskiej sukni do kolan stała obrażona pod
drzewem podczas gdy pozostałe dwie leżały na trawie i uśmiechały
się promiennie do aparatu co kilka sekund zmieniając pozycje.
Dziewczynka rozpoznała w jednej z nich pannę z pierwszego zdjęcia.
Było to jedyne magiczne zdjęcie w pomieszczeniu. Siedmiolatka
myślała, że to zdjęcie będzie przedstawiało ślub jej rodziców
a tymczasem nawet nie poznawała osób na zdjęciu.
Na drewnianym meblu leżało
jeszcze pióra i atrament oraz zeszyt. Dziecko wiedząc że źle
postępuje wzięło notatnik do rąk i przeczytało napis na stronie
tytułowej.
Dziennik łamiący wszelkie
ustanowione prawa.
Bellatrix Black
Przerzuciła na następną
stronę zobaczyła dokładnie to samo zdjęcie trzech nastolatek,
które przed chwilą oglądała. Kilka kolejnych stron było pustych.
W połowie zeszytu natrafiła na opowiadanie. Zaczęła czytać:
Londyn 31 października1981
Nie, w 1981 zostało to
spisane,
prawdziwa data nie jest
do końca znana/zapamiętana
Nieuzasadniona miłość
Ciemna, zakapturzona postać podążała
mrocznym korytarzem wprost przed siebie z wysoko zadartą głową,
zasłanianą przez czarny kaptur.
Voldemort – wielu drżało gdy
usłyszało to nazwisko, ona nie. Wymawiała je często i bez
najmniejszych oznak strachu czy zakłopotania. Nie bała się jego
posiadacza wiedziała że on i tak nic jej nie zrobi.
Od kilku miesięcy młoda kobieta z
powodzeniem unikała rodziny. Wiedziała jednak że nie może
odwlekać tego co nieuniknione. Kiedyś będzie musiała stawić temu
czoła. Ale jeszcze nie teraz. Teraz nie była gotowa. Potrzebowała
więcej czasu na oswojenie się z tą myślą. Jednak jej czas się
skończył. Jej życie było już przesądzone, a to co ona teraz
wyprawiała nie miało najmniejszego znaczenia.
Tak więc próbując uciec od problemów
popadła w aż za dobre relację z pewnym mężczyzną, pogorszyła
tym samym stosunki ze swoim przyszłym mężem i całą rodziną.
Doprowadziło to do obecnego stanu kobiety.
Blada i z dnia na dzień coraz chudsza
z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi i ciężko opadającymi
brwiami z długim, wachlarzem, czarnych rzęs. Wyglądała jak
chodzący trup. Jej ciemne loki były jedynymi żywymi częściami
jej ciała. Nawet zazwyczaj pełne pogardy, czarne oczy nie okazywały
najmniejszych oznak życia. Miała rozszarpaną psychikę przez co
cierpiała jej kondycja fizyczna. Prawie nie jadła, piła tylko
ciemną, mocną kawę. Odzywała się do niewielkiej grupki osób i
to też nie zbyt często. Jej różdżka od pięciu miesięcy nikogo
nie torturowała, ani nawet nie zabiła. Znające ją osoby bały się
o nią i zastanawiały czy długo jeszcze będzie mogła tak
funkcjonować. Oni nie znali jednak całej prawdy. Słyszeli tylko i
wyłącznie jakieś plotki. Ludzie mówili, że zwariowała, że nie
daje sobie rady z byciem śmierciożercą. Bellatrix tylko śmiała
się z tych plotek w duchu. Przyczyna była prosta i banalna, to była
miłość, ale nie byle jaka. Miłość, która nie ma prawa skończyć
się happy endem. Miłość, która nie miała prawa zasiać się a
tym bardziej zakwitnąć.
To właśnie miłość i jej ciekawska
rodzina doprowadziły ją do skrajnego wyczerpania psychicznego i
fizycznego.
Dzisiaj szła się pożegnać z
miłością swojego życia bowiem nigdy więcej nie miała go
pocałować.
I pomyśleć że cała historia zaczęła
się kiedy Bellatrix miała zaledwie szesnaście lat.
Szesnastoletnia Bellatrix Black stała
pod drzwiami kuchennymi domu przy ulicy Grimland Place 12 nasłuchując
głosów dobiegających z pomieszczenia.
Była bardzo ciekawa przebiegu rozmowy
jej ojca z Czarnym Panem. Rzadko bowiem w tym domu pojawiał się
ktoś tak ważny. Jej ojciec był w prawdzie Ministrem Magii ale
wszelkie sprawy służbowe załatwiał w urzędowym gmachu.
- Cygnusie – usłyszała nagle pełen
jadu, zimny głos – pamiętasz chyba naszą umowę.
- Oczywiście, pamiętam – głos jej
ojca zarżał ledwo słyszalnie.
- Więc dlaczego nadal nie zgadzasz
się na wstąpienie w moje szeregi? - lodowaty głos przeszył ciało
panny Black, jak by w jej stronę zostały skierowane te słowa.
- Ja.. panie ja – pan Black zaczął
się jąkać w swojej wypowiedzi, jak człowiek, który ma do wyboru
śmierć swoją bądź bliskiej sercu osoby. Należy dodać jeszcze
że człowiek ten nie jest zbyt skory do poświęceń.
- Nie obchodzi mnie co masz do
powiedzenia – zasyczał gość – masz wywiązać się z umowy. -
ostre, zimne słowa powodujące zawroty głowy, nikt nie był by w
stanie teraz myśleć logicznie.
- Ta... - przybysz nie dał skończyć
właścicielowi domu.
- Albo nie... z niej będzie więcej
pożytku... - na chwile nastała pełna niepokoju cisza – Bello
choć tutaj, przecież nie ładnie jest podsłuchiwać.
Drzwi otworzyły się a oczom panny
Black ukazała się przestronna kuchnia. Na środku stał duży stół
a ściany obstawiały rozmaite szafki projektowane przez największych
Francuskich i Włoskich projektantów XV w kiedy to budynek
przechodził największą renowacje w jego historii. Uchwyty w
kształcie węży i zielone ściany, ciemnobrązowe deski dębu jako
podłoga i dwaj mężczyźni. Obaj bladzi jak trupy. Jeden ze
strachu, a drugi z karnacji. Byli równi wzrostem, obaj mieli na
sobie identyczne eleganckie czarne szaty. Oboje byli olśniewająco
przystojni. Pan Black posiadał czarne loki i tego samego koloru oczy
a jego gość brązowe gładko ułożone proste włosy i pełne
najwyższej pogardy oczy. Obaj mężczyźni wpatrywali się w
nastolatkę. Jej ojciec z przerażeniem. Jego gość pożądliwie,
ilustrował ją wzrokiem, najdłużej przyglądał się jej dużym
piersiom co nie podobało się dziewczynie a tym bardziej jej ojcu.
- A co jeśli się zgodzę? - zapytał
nagle Cygnus, chyba chcąc sprawić aby
TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ przestał rozbierać
wzrokiem jego córkę. Niestety bez powodzenia. Brązowo włosy
dalej czujnie obserwował najstarszą córkę państwa Blacków nie
okazując nawet najmniejszego zainteresowania słowami Ministra.
Dziewczyna przywarła do drzwi i oddychała miarowo, z
niecierpliwością czekając na dalszy rozwój sytuacji.
- Nic się nie stanie – powiedział
brązowooki bez entuzjazmu.
- Jak to? - Cygnus nie krył
zdziwienia i frustracji.
- Nie dotrzymałeś umowy –
białoskóry uśmiechną się pogardliwie, wycelował różdżką w
Bellatrix i od niechcenia wypowiedział zaklęcie – Morsmorte.
Nastolatka poczuła palący ból lewego przedramienia. Nie krzyknęła
jednak ani nie upadła na podłogę. Zacisnęła mocno zęby i pięści
starając się nie wydać najmniejszego dźwięku. Do jej oczu
napłynęły łzy bólu jednak zatamowała je tak jak umiała. Teraz
miała tylko szkliste oczy,
Voldemort patrzył się na nią z podziwem a Cygnus z niepokojem. W
końcu ból ustał a ona z wyczerpania osunęła się na podłogę i
zemdlała.
Gdy się obudziła nie była już w domu przy Grimlaund Place. Nie
była też w Św. Mungu, żadne znajome miejsce nie przychodziło jej
do głowy.
- Gdzie ja jestem? - wychrypiała ledwo słyszalnie. Nie usłyszała
jednak żadnej odpowiedzi.
Rozejrzała się. Znajdowała się w pomieszczeniu pogrążonym w
półmroku. Leżała na bordowej gotyckiej kanapie naprzeciwko
kominka w którym smętnie podskakiwały płomienie. W całym wielkim
pomieszczeniu znajdowało się dwoje drzwi. Jedne drewniane i z
pewnością ciężkie drugie wykonane zostały z ciemnego szkła. Z
pewnością prowadziły na balkon. Na ścianie z ciemnymi drzwiami
było jeszcze kilka ciemnych okien przez które nie wpadało światło.
Pozostałe ściany przykryte zostały przez ciemne regały uginające
się pod ciężarem książek. Na podłodze leżały czerwone dywany.
Cztery stopy od dziewczyny stał mały, pusty, drewniany stolik.
Bellatrix zaczęła się zastanawiać po co ktoś się fatygował i
przeniósł ją do tego pomieszczenia. Nagle przypomniała sobie
pożądliwy wzrok Czarnego pana i zaczęła dogłębnie oglądać
swoje ciało w poszukiwaniu jakich kol wiek oznak bezprawia
zastosowanego na jej ciele. Nie natrafiła jednak na żadne ślady
przemocy. Jej wzrok przykuł jednak tatuaż na jej lewym
przedramieniu. Przedstawiał on czaszkę z rozwartymi ustami. Z
rozwartych warg wysuwał się jak by język, nie był to jednak
zwyczajny język, wyglądał jak wąż. Po kilku minutach Bella
uświadomiła sobie, że to naprawdę jest wąż. Pomyślała że
dziwne znamię musiało powstać kiedy SAMI-WIECIE-KTO rzucił na nią
ten dziwny, nieznany jej czar. Z pewnością sam Voldemort wymyślił
to zaklęcie, do naznaczania swoich zwolenników... albo raczej
niewolników. Postanowiła dotknąć znaku, sprawdzić co się
stanie. Jej palce dzielił już tylko cal od skóry gdy drzwi nagle
się otworzyły a do środka wszedł mężczyzna. Był to osobnik
wysoki, dobrze zbudowany, z pewnością około czterdziestki. Miał
brązowe włosy gdzie nie gdzie poprzetykane siwizną, błyszczącą
w świetle kominka.
- Nie dotykaj tego wariatko! - krzykną na przywitanie a Bella
błyskawicznie odsunęła rękę od ręki i podciągnęła kolana
pod brodę.
Spojrzała się z przerażeniem na jegomościa i kurczowo owinęła
ręce wokół nóg jak by to miało zapewnić jej bezpieczeństwo.
Śmierciożerca (którym z pewnością był ów facet) wyciągną
różdżkę i zapalił wszystkie światła w pomieszczeniu. Teraz
ślizgonka mogła mu się uważnie przyjrzeć. Ubrany był w zwykłą
czarną szatę z butami pod kolor. Miał szare oczy i twarz
przywodzącą na myśl profesor McGonagal. Srogi wyraz, wąskie
wargi. U nauczycielki transmutacji wyglądało to niemal ładnie,
temu mężczyźnie jednak taki wygląd twarzy zupełnie nie pasował
do umięśnionej postury. Trzeba by było być wariatem aby nazwać
go ładnym, a co dopiero przystojnym.
- Gdzie ja jestem? - zapytała, nie spodziewając się że usłyszy
odpowiedź.
- W siedzibie śmierciożerców – odpowiedział szorstkim
pozbawionym uczuć głosem.
Zmienił wyraz twarzy na zaciekawiony, w ułamku sekundy przestał
przypominać wi-ce dyrektorkę Hogwartu. Przyjrzał się córce
Ministra, również tak jak jego szef zawiesił wzrok na jej biuście.
- Proszę się tak nie gapić – warknęła sfrustrowana.
- Niby czemu? Nie masz różdżki, jesteś znacznie słabsza. Nie
masz szans w starciu ze mną – czarnowłosa dopiero teraz
uświadomiła sobie, że rozmawia z człowiekiem kompletnie pijanym,
a co najgorsze ten człowiek miał racje. Nie miała różdżki,
była bezbronna. Ogarnęła ją panika, ten człowiek mógł zrobić
z nią co tylko chciał a ona nie mogła w żaden sposób mu w tym
przeszkodzić.
Patrzyła na swoje kolana rozmyślając gorączkowo. Mężczyzna w
tym czasie usiadł obok niej na kanapie i stopniowo się do niej
przybliżał. Nie wiedziała do czego jest zdolny pijany
śmierciożerca. Wiedziała jednak, że jest w wielkim
niebezpieczeństwie.
Szarooki zbliżył się do niej już na tyle, że czuła jego
nierówny oddech na swoim karku. Nie miała zamiaru tak stracić
dziewictwa. Nie z takim starym zboczeńcem. Nie w taki sposób. Nie w
tym miejscu. Nie z nim. Po prostu nie teraz! Wiedziała jednak, że
mężczyzna jest nieobliczalny i w starciu przeciwko niemu nie ma
najmniejszych szans. Zgwałci ją bez najmniejszych skrupuł. Pewnie
będzie się jeszcze z tego śmiał i chwalił kolega jak to poniżył
pierworodną córkę „wielkiego Blacka”.
Przejechał szorstkimi palcami po jej podbródku, złapał go i kazał
spojrzeć sobie w oczy. Miał w nich wymalowane pożądanie. Bellarix
jeszcze nigdy nie widziała tak zachłannego spojrzenia. Zamknęła
oczy. Oczekiwała najgorszego, jednak nic się nie wydarzyło. Lew
przedramię zapiekło ją tak że aż otworzyła oczy. Spojrzała na
mężczyznę on też zaciskał kurczowo prawą rękę na lewym
nadgarstku. Siedział tak przez chwile po czym wyszedł zostawiając
otwarte drzwi.
Reakcja dziewczyny była natychmiastowa, wstała, wyszła i zaczęła
śledzić mężczyznę. Podążając za nim długim korytarzem aż
dotarli do mosiężnych drzwi. Śmierciożerca wszedł do środka a
Bella jak cień wsunęła się za nim nie zauważona.
W pomieszczeniu było już z pięćdziesiąt osób w tym sam Lord
Voldemort. Półmrok ułatwił nastolatce schowanie się w koncie i z
stamtąd dokładny przebieg całego zebrania i ocenienie swojej
sytuacji.
- Malcolmie melduj – przemówił zimny głos.
- Wszystko zgodnie z planem. Dziewczyna z pewnością niedługo
będzie próbowała uciec – zdanie owo wypowiedział mężczyzna
za, którym Bellatrix tutaj przyszła. Pomyślała, że
śmierciożercy jej nie doceniają.
- W takim razie świetnie – klasną w dłonie i zapalił kilka
dodatkowych świec rozświetlając środek pomieszczenia. Rogi
pustego pokoju cały czas pozostawały bezpieczną ciemną kryjówką.
- Jak ją złapiecie macie przyprowadzić prosto do mnie.
Nic więcej nie było godne uwagi. Omawiali ostatni nieudany napad na
Dumbledora i TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ stwierdził,
że ma nowy plan jednak powie go tylko kilku nielicznym osobą,
których on będzie dotyczył. Czarodzieje zaczęli opuszczać salę,
dziewczyna wmieszała się w tłum i także wyszła. Ruszyła biegiem
do sali w której się obudziła, okazało się że bardzo dobrze
pamięta drogę. Postanowiła nie dać tym ludziom satysfakcji z
tego, że przewidzieli czyjeś kroki. Po pięciu minutach, kiedy to
jej oddech zdążył się już uspokoić do pomieszczenia wszedł
brązowo włosy przystojny mężczyzna. Nie zauważył jej, podszedł
do jednego z regałów z książkami, wyją pierwszą z brzegu a
regał zamienił się w barek z Ognistą Whiskey. Pociągną spory
łyk mocnego trunku prosto z butelki. Usiadł na fotelu niedaleko,
który pojawił się po wyjęciu innej książki z regału po lewej
stronie barku. Wypił już z połowę butelki gdy nagle uświadomił
sobie, że ktoś się mu przygląda. Zza oparcia kanapy wystawała
para ciemnobrązowych prawie czarnych, przestraszonych oczu.
- Więc jednak nie próbowałaś uciec? - zapytał ciepłym głosem
zupełnie nie przypominającym tego szorstkiego, którym posługiwał
się przy większości ludzi.
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała tylko przecząco głową. Voldemort
uśmiechną się pobłażliwie. W żołądku nastolatki coś
podskoczyło. Nie była pewna co spowodowało to nagłe ożywienie
jej układu pokarmowego wiedziała jednak, że ma to coś wspólnego
z tym uśmiechem.
Wszystko wydarzyło się tak szybko a jednak jak w zwolnionym tempie.
W jednej chwili przyglądała się mężczyźnie zza kanapy a w
drugiej piła z nim wino skrzatów, gdyż Voldemort zrezygnował z
Whiskey. Bella nigdy nie dowiedziała się dlaczego. Kolejnym punktem
programu była romantyczna muzyka, zgaszenie światła i kilka świec
nadających wnętrzu romantyczny i upiorny nastrój. Tak taki wieczór
był zdecydowanie spełnieniem marzeń Belli, dokładnie w takich
okolicznościach chciała stracić swoją cnotę i niewinność. Co
do kolejnych wydarzeń, lepiej ich nie podglądać. To przecież ich
prywatne sprawy.
To wydarzyło się tak dawno, a ona nadal pamiętała jak by to było
wczoraj. Miłe uczucia które temu towarzyszyły nie opuszczą jej do
końca życia. Gdyby tak mogła ożenić się z Tomem a nie Rudolfem,
jej życie było by o wiele prostsze. Niestety musiało być ciężkie
i skomplikowane. Stała przed drewnianymi drzwiami, zawahała się.
Nie była pewna czy jest gotowa na to spotkanie. Jednak jeśli teraz
tego nie zrobi już nigdy może nie mieć do tego okazji. Zapukała,
drzwi otworzył jej mężczyzna o brązowych włosach oraz
czekoladowych tęczówkach. Przez siedem lat ich wspólnej znajomości
zdążyła już wiele razy zapatrzeć się w jego oczach, zawsze
jednak było to dla niej wspaniałym uczuciem. Stała przed miłością
swego życia, przed mężczyzną, z którym to przestała być
cnotką. Były to dla niej wspaniałe i jednocześnie krępujące
wspomnienia. Gdy zdawała sobie sprawę z tego, że On jest w wieku
jej ojca. Cóż miłość nie wybiera.
- Witam Bello – uśmiechną się łobuzersko – Widzę że
kokieteryjna jak zawszę.
Dwudziestotrzyletnia kobieta zarumieniła się. Uwielbiała
niegrzeczne a zarazem takie dystyngowane komentarze Riddla. Tom miał
rację Bellatrix zawsze ubierała się w czarne podkreślające talię
i biust krotkę sukienki zazwyczaj z koronkowymi wykończeniami. Do
tego stroju dzisiaj ubrała elegancką pelerynę i glany. Cały
czarny stój idealnie kontrastował z jej niemal białą karnacją.
Jedynie pełne usta miały barwę ciemnej czerwieni. Był to ich
naturalny odcień dzięki czemu ich właścicielka mogła
zaoszczędzić na kupowaniu pomadek. Nieuporządkowane jak zawsze
loki związane zostały w niesfornego, długiego kucyka. Pojedyncze
loczki co jakiś czas opuszczały gumkę i wpadały ich właścicielce
na oczy. Denerwowały ją i często groziła im obcięciem, nigdy nie
dotrzymała obietnicy. Wśród loczków chodziły plotki, że za
bardzo je lubi. Weszli do pokoju. Był to ten sam pokój w którym
jako szesnastolatka ocknęła się po feralnym spotkaniu jej ojca z
obecnym wybrankiem jej serca. Wystrój przez siedem lat nie zmienił
się ani trochę. No może teraz zapalone było więcej świec.
- Tom – zaczęła niemal z płaczem kobieta – musimy poważnie
porozmawiać.
- Wiem.
- O tym, że musimy porozmawiać, czy o tym o czym chcę z tobą
porozmawiać?
- Bello jesteś jedną z nielicznych osób które potrafią mnie
oszukać – powiedział tonem jak by tłumaczył komuś bardzo
tępemu coś co jest bardzo proste. Bella wzdychnęła.
- Ja – zawahała się – ty wiesz, że nie możemy nigdy być...
- przerwał jej, nie pozwolił dojść do słowa, które miało
zrujnować ich wspólnie przeżyte chwile.
- Wiem. Jednak razem możemy... - tym razem ona nie dała mu
dokończyć.
- Nie możemy.
Wyszła z pokoju. Po jej policzkach spływały łzy. W gumce
znajdowały się już tylko co spokojniejsze włoski. Nie miała
siły.
Szła ciemna ulicą, drogi nie rozświetlała jej żadna latarnia.
Jak by całe światło nagle wyparowało z planety. Na tej ponurej
uliczce znajdowało się jej obecne miejsce zamieszkania. Juto miało
się to wszystko mienić. Miała zamieszkać w rezydencji Lestragów
jako żona Rudolfa. Nienawidziła go, przyprawiał ją o mdłości.
Był w prawdzie przystojny ale mimo iż miał dwadzieścia-cztery
lata wciąż zachowywał się jak nastolatek. Ona wolała mężczyzn
dojrzałych takich jak Voldemort. Wzięła szybki prysznic. Była
zmęczona tym dniem, chociaż nie robiła dzisiaj nic co mogło by
pozbawić ją siły, no może z wyjątkiem tej rozmowy z Tomem. Tak
to ta rozmowa z pewnością ją tak wykończyła.
Zasnęła momentalnie.
Podążała do ołtarza kurczowo trzymając się ręki ojca aby nie
upaść. Wzrok wbiła w urzędnik. Postanowiła unikać wzroku
przyszłego męża. Na białych krzesłach siedziało mnóstwo gości.
Cała uroczystość odbywała się na łące w pobliżu lasu. Panna
młoda rozejrzała się dyskretnie, nigdzie nie zauważyła Toma.
Potknęła się o długa suknie suknie i była by upadła gdyby nie
złapała się ręki ojca oboma dłońmi. Przez ułamek sekundy jej
wzrok padł na jej przyszłego męża. Ujrzała brązowe włosy i
czekoladowe tęczówki.
- To nie możliwe – wypowiedziała szeptem. Nikt jednak nie
wydawał się tym faktem zdziwiony, nikt oprócz Bellatrix.
- Bello, Bello – usłyszała głos swojej siostry Narcyzy.
Spojrzała się w jej strone, była ona jednak całkowicie
pochłonięta rozmową z Lucjuszem Malfoyem. Z pewnością nie mogła
jej wołać.
- Bellatrix! - znowu ten głos. Poczuła jak ktoś szarpie ją za
rękę. Nikogo jednak nie zauważyła. Dotarła już do ołtarza i
jej ojciec odszedł w stronę ławki.
Stanęła przed Voldemortem. Rozejrzała się i nagle z przerażeniem
krzyknęła. Za kwitnącym bzem stał wilkołak z blond włosami jej
siostry. Mrugnęła kilka razy, wilkołak przemienił się w jej
siostrę.
- Cyziu – wydała zduszony dźwięk.
- Jestem tu. Bello otwórz oczy – poprosiła. Kobieta jednak nie
wiedziała o co jej chodzi. Miała otwarte oczy i wszystko widziała
normalnie. O co więc mogło chodzić jej siostrze?
Mrugnęła jeszcze kilka razy i jej oczom ukazał się pokój. Mała
komoda dwoje drzwi, stare lustro i Narcyza Black.
- Nareszcie się obudziłaś – mruknęła blondynka – O czym
śniłaś? Krzyczałaś.
- Krzyczałam? - było to dla niej zdziwieniem. Dlaczego miała by
krzyczeć kiedy był to jeden z najpiękniejszych snów w jej życiu.
No właśnie snów.
- Nie ważne. Przez to, że nie chciało Ci się wstać mamy tylko
sześć godzin do przygotowania Cię na ślub.
- My? - Bella uniosła sceptycznie brwi.
- Tak, my – do pomieszczenia weszła Druella Black.
- A no tak, zrobicie ze mnie porcelanową lalkę. Poczekajcie tylko
wyłączę sobie mózg – mruknęła zrezygnowana panna młoda.
Przez kolejne sześć godzin była zdobiona przez siostrę i matkę.
Gdy pół godziny przed godziną trzynastą (chociaż Bella wolała
ją nazywać godziną utraty wolności) blondynki skończyły
przygotowania brunetki do ślubu, kobieta nie mogła siebie poznać.
Stanęła przed lustrem i wpatrywała się w obce odbicie. Miała na
sobie długą białą, tiulową suknię. Jedno ramiączko połączone
było z gorsetem. Po przyozdabiane różami i perełkami. Białych,
bardzo nie wygodnych szpilek nie było widać z pod sukni. Kobieta
zastanowiła się czy coś by się stało gdyby zdjęła buty i do
ołtarza ruszyła na boso. Zrezygnowała z tego pomysłu, ponieważ
jej siostra od razu by zauważyła o ona nie chciała znosić jej
narzekania.; Czarne loki splecione zostały w warkocz i delikatnie
upięte w eleganckiego koka. Całość zdobiła stara niebieska
spinka po babci Druelli Black.
Szła prowadzona przez ojca do ołtarza na końcu białego namiotu w
którym to odbywała się ceremonia ślubna. Za nią podążała jej
siostra, Narcyza i przyjaciółka blondynki Alicja jako jej druhny.
Na krzesłach ustawionych w rzędach na długości całego namiotu
siedziały bardziej lub mniej znane Bellatrix osoby. Wśród gości
rozpoznała swojego kuzyna Evana Rosiera oraz Syriusza i Regulusa
Black. Zauważyła większość żyjących członków rodu Black i
Rosier, a także Lestrange i ich znajomi. Większości twarzy nie
rozpoznawała.
Przy ołtarzu stał Rudolf jego brat jako świadek oraz jego rodzice.
Stał tam również urzędnik Ministerstwa Magii, który z pewnością
miał im udzielić ślubu. Pani Black była szczęśliwa, że jej
pierworodna w końcu wychodzi za mąż i to za mężczyznę z czystą
krwią. Andromeda, młodsza siostra Belli dwa lata temu została żoną
szlamy dzięki czemu doprowadziła swoją matkę do depresji, z
której kobieta otrząsnęła się dopiero kilka miesięcy temu.
Dzisiaj nie przypominała tej osoby, była uśmiechnięta a jej oczy
świeciły iskierkami radości a nie łzami. Miała na sobie liliową
suknie na ramiączkach. Włosy pozostały rozpuszczone jednak
zakręciła je w leciutkie loki, z pewnością za pomocą zaklęcia.
Dzisiaj nikt by jej nie posądził, o to że przechodziła depresję.
Wręcz przeciwnie, pomyślał, by iż jest kobietą pełną życia,
której wszystko układa się tak jak zaplanowała.
Bellatrix stanęła przed Rudolfem. Wpatrywała się w mężczyznę u
dzielącego im za chwile ślubu. Bała się tego co zaraz ma
nastąpić. Musiała złożyć przysięgę, ożenić się z mężczyzną
który był dla niej nikim,brzydziła się go. Zaczęła błądzić
wzrokiem po gościach, chcąc wyszukać czekoladowych tęczówek. Nie
napotkała ich niestety na swojej drodze. Zrezygnowana powróciła
wzrokiem na urzędnika. Przemówił on skrzekliwym głosem.
- Zebraliśmy się tu dziś aby połączyć węzłem małżeńskim
tych oto dwoje, młodych ludzi – słowa zostały powitane długim
aplauzem ze strony publiczności – Rudolfie Lestrange... Czy
przysięgasz miłość, wierność i oddanie oraz że nie opuścisz
aż do śmierci wybranki swojego serca, Bellatrix Black?
Zapadła cisza. Pan młody analizował przez chwilę słowa w głowię.
Dobrze wiedział co ma powiedzieć jednak grał na czas budując
napięcie wśród zebranych, nie wtajemniczonych w plan swatania ich
dwojga.
- Przysięgam – zebrani jak by na zawołanie wypuścili z płuc
głośno powietrze.
- Bellatrix Black... Czy przysięgasz miłość, wierność i
oddanie oraz że nie opuścisz aż do śmierci wybranka swojego
serca Rudolfa Lestrange?
W głowię kobiety trwała wojna myśli. Miała ochotę uciec spod
ołtarza. Spuściła wzrok w miejsce gdzie powinny być jej stopy
zobaczyła jednak tylko biały tiul sukni ślubnej. Wiedziała, że
wszystkie spojrzenia utkwione są właśnie w niej. Napięcie
unoszące się w powietrzu. Wstrzymane oddechy wszystkich w namiocie.
- Nie rób tego – usłyszała głosik w swojej głowię –
przecież tego nie chcesz.
- Ale musisz to zrobić – mówił drugi.
- Nie kochasz go. Zmarnujesz sobie życie – próbował ją
przekonać pierwszy.
- Zmarnujesz trudy rodziców – drugi nie dawał za wygraną.
- A co ją obcho...
- Przysięgam! - stanowczo powiedziała Bellatrix przerywając walkę
myśli. Nastąpił głośny aplauz po którym jeszcze raz odezwał
się prowadzący uroczystość.
- Czy jest ktoś przeciwny temu związkowi?
Wszyscy byli przekonani iż ten moment zostanie przemilczany, iż
nikt się nie odezwie. A na pewno nie on.
Z krzesła na samym końcu namiotu podniósł się mężczyzna o
brązowych włosach i czekoladowych tęczówkach. Bella wszędzie
rozpoznała by te oczy, należały one do...
- Ja Tom Marvolo Riddle sprzeciwiam się temu małżeństwu!
Salą wstrząsnęło zdziwienie i niepokój. Nikt nie spodziewał się
takiego obrotu akcji. Czarnowłosa kobieta stojąca przy ołtarzu
spojrzała się prosto w brązowe oczęta. Zapomniała na chwilę o
całym świecie. Chciała wskoczyć mu w ramiona, pocałować go. Nie
mogła tego jednak zrobić. Czuła euforie, wściekłość i smutek.
Z jej oczu po płynęły łzy a Voldemort kontynuował.
- Czy dwójka ludzi którzy się nie na widzą mogą zawrzeć pakt
miłości?
- Tak! - histeryczny, krzyk wydobył się z gardła Druelli Black –
Może! Związki prawdziwych czarodziei zawsze są ustawiane i nie
było jeszcze znanego mi przypadku aby któreś z tych małżeństw
zostało zawarte z miłości!
Kolejna fale zdziwienia przeszła przez zebranych. Cygnus Black
wyglądał jak by go zamurowano a uprzednio trafiono zaklęciem
powodującym konfuzję. Wydaje, się że każdy by tak wyglądał
gdyby nagle usłyszał od swojej drugiej połówki iż żyła z nim
ponad dwadzieścia lat, miała z nim dzieci i wcale go nie kochała!
Przecież to przeczyło wszelkim ideologiom wspólnego życia.
- Rozumiem wiele rzeczy, ale tego akurat nie –
TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ był kompletnie
zdezorientowany.
- To proszę przeczytać sobie książkę o rodach czarodziei
czystej krwi i wyjść stąd – blondynka była niezadowolona
wystąpieniem ciemnowłosego. Wcześniej wymieniony nie opuścił
namiotu jednak usiadł na swoim poprzednim miejscu.
Dwudziestoparolatka w białej sukni stała na ołtarzu cały czas
utrzymując kontakt wzrokowy z Riddlem. Była zadowolona z tego, że
przyszedł, wsparł ją w tej trudnej chwili. Przeszkadzało jej
jednak iż chciał nie dopuścić do jej ślubu z Lestrangem.
Nienawidziła go, ale teraz z pewnością straci resztki wolności,
które jej pozostawały jeszcze przed pięcioma minutami.
- Skoro nikt nie ma nic przeciwko – zaskrzeczał, uśmiechnięty
od ucha do ucha pracownik Ministerstwa – ogłaszam was małżeństwem
i pozwalam się pocałować.
Młodzi zbliżyli do siebie głowy i delikatnie i krótko niemal nie
dotykając swoich warg się pocałowali. Mimo iż trwało to tylko
kilka sekund Bellatrix omal nie zwróciła śniadania. Przeraziła
się iż ma z nim spędzić resztę życia. Tak bardzo chciała by na
miejscu Rudolfa był Tom z którym aktualnie i aż do końca imprezy
utrzymywała kontakt wzrokowy.
Próbowała się upić, jednak miała bardzo silną głowę i nawet
kiedy większość gości była już nieprzytomna jej nawet nie
kręciło się w głowie. Wszystko po to aby nie pamiętać tego
dnia, jej starania poszły niestety na marne. Nad ranem kiedy to już
większość na czele z jej mężem już posnęli na siedzeniach
mogła wreszcie porozmawiać sam na sam z miłością życia.
Niedaleko namiotu stał dom rodziców Rabasiana i jego brata.
Kochankowie znaleźli wolny pokój, zamknęli go zaklęciami i
zaczęli rozmowę. Była to dla nich trudna sytuacja. Bella musiała
wytłumaczyć ukochanemu że nie mogą teraz utrzymywać żadnej
znajomości. Chodziło głównie o to że jest spalony u wszystkich
będących na ślubie. Nie było innej rady, potajemne spotkania
mogły by zostać zbyt szybko odkryte a otwarta znajomość czy
romans źle przyjęty przez społeczeństwo.
Zapadła cisza, żadne z nich nic nie mówiło. Decyzja została
podjęta, muszą zerwać kontakty. Pożegnanie, na pewno nie takie
jak na nieznajomych przystało. Delikatne subtelne pocałunki nie w
policzki a w usta. Ręce zaplątane we włosy. Usta mężczyzny
opuszczają bezpieczne granice warg mężatki i przechodzą do
pieszczenia innych części ciała lubej swojego właściciela.
Tej pamiętnej nocy widzieli się po raz ostatni, a pamiątką ich
krótkiej chwili zapomnienia stała się Elizabeth. Bo choć w
papierach zawsze pozostawała córką Rudolfa zawsze jej ojcem był,
jest i będzie Voldemort. Najgorszy człowiek jaki
W tym momencie zdanie nagle się urywa. Bez żadnego zakończenia.
Elizabeth zeszyt wypada z rąk. Nie może uwierzyć w to co
przeczytała. Upuszczając książkę wysuną się z niej list.
Rozpakowała go i przeczytała. Zapisany był szybko i niestarannie.
Kochana
Bellatrix!
Wiem,
że pewnie nie chcesz mnie znać. Chcę jednak abyś wiedziała, że
ja wciąż Cię kocham! Jak pewnie wiesz idę dzisiaj do Potterów, z
kolei odwiedzę Rudolfa i nic nie stanie na drodze do naszego
szczęścia. Pozdrów Elizabeth, wiem, że jest moją córką.
Twój
na zawsze Ci oddany Tom!
Skończyła czytać
list, gdy nagle drzwi się otworzyły. Staną w nich mężczyzna
niski, z denka przy tuszy. Miał brudne jasne włosy i również
brudne szaro-zielone ubrania. Trzymał w ręku różdżkę i
rozglądał się nerwowo po pomieszczeniu.
- Gdzie Bellatrix?
- zapytał szorstko.
Dziewczynka
spojrzała się na niego jak na wariata i nic nie odpowiedziała.
- Dobra zapytam
inaczej – warkną – gdzie taka w czarnych lokach, czarnej sukni
w... o taka jak na zdjęciu – podszedł do biurka i wziął w rękę
zdjęcie ciemnowłosej nastolatki siedzącej na kolanach starszego
od siebie mężczyzny.
- Nie wiem kto to –
odpowiedziała piskliwym głosem dziewczynka
Widać było iż
mężczyzna chce jeszcze coś powiedzieć jednak nie zdążył,
ponieważ do pomieszczenia weszło jeszcze trzech mężczyzn jeden
ten co zabrał głos o ciemnej skórze.
- Moddy dom jest
pusty chodźmy słyszałem że Longbottomowie zaginęli.
Ten nazwany Moddym
nie ruszył się tylko ilustrował wzrokiem dziecko. Jego wzrok
zatrzymał się na pamiętniku.
- Daj mi to –
nakazał
Dziewczynka
posłusznie oddała nieznajomemu to o co prosił. Przewertował
kartki oddał sowiemu kompanowi ze słowami.
- To może być
kopalnia dowodów – i wyszedł a za nim dwóch o białej skórze.
Ciemnoskóry został
w gabinecie. Usiadł na podłodze w 'kwiecie lotosu' i wyczekująco
wpatrywał się w drzwi. Siedział tak ponad godzinę gdy nagle
usłyszał krzyki kobiety.
- Ty jesteś
nienormalny! Ten jeden jedyny raz Ci zaufałam a ty mnie zawiodłeś!
Krzyki ustają i
wyraźnie słychać tupot obcasów. Do pomieszczenia wchodzi
Bellatrix Lestrange w czarnej sukni i pelerynie. Jej włosy wirują
we wszystkie strony a po mokrych śladach na policzkach i
zaczerwienionych oczach można wyczytać, że niedawno płakała. Jej
wzrok od razu pada na biurko na którym brakuje zeszytu oraz na
przestraszoną córkę stojącą pod jednym z regałów z książkami.
Podbiega do niej i mocno przytula mocząc jej włosy łzami.
Następnie słychać trzask deportacji i w pomieszczeniu pojawia się
ów blondyn który kazał oddać Elizabeth notatnik. Odrywa Bellatrix
od jej córki, zakłada na jej dłoniach kajdanki. Ona bez oporu
pozwala mu się wyprowadzić z budynku gdzie już czeka Rita Sketer
ze swoim piórem i pergaminem aby napisać relację z aresztowania
jednej z najbardziej szanującej się rodziny arystokratycznej.
- Jak skomentujesz
swoje zatrzymanie? - pyta ze sztucznym uśmieszkiem. Przed budynkiem
zebrał się już tłum gapiów którzy przyszli pooglądać
poniżenie wielkiej Madame Lestrange.
- Voldemort jeszcze
tu wróci! – krzyknęła. Zebrani stanęli jak wryci, niektórzy
wydali z siebie mniej lub bardziej zduszone i zamaskowane piski.
- Wymawiasz to
imię? - zapytała z przestrachem Rita.
- Jak najbardziej.
A jeśli chcesz wiedzieć dlaczego, sądzę, że jeśli Alastor
udostępni Ci mój dziennik znajdziesz wiele odpowiedzi na jeszcze
nie zadane pytania.
Razem z aurorem
deportowali się do Azkabanu gdzie będzie oczekiwała na proces.
Oceniła bym i tę miniaturkę ale należy ona do mnie więc się powstrzymam. :P
OdpowiedzUsuń.....oooo....
OdpowiedzUsuńJest jedną z miniaturek, która mi się bardzo podoba....
10/10
Nie mam nic do dodania ;-)
10/10 nie ma opcji ,żeby było inaczej
OdpowiedzUsuń