GRY
zachęcam do KOMENTOWANIA, zapisywania się do grup i domów w HOGWARCIE! "Ciężka praca i ból to najlepsi nauczyciele." (Filch)~ "Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, jest tylko władza i potęga. I mnóstwo ludzi zbyt słabych, by osiągnąć władzę i potęgę." (Quirrell)~ "To nasze wybory ukazują kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności." (Dumbledore) ~"Ból jest częścią człowieczeństwa." (Dumbledore)~ "Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywd, niż jawna niechęć." (Dumbledore)~ "Czarna magia to mnogość najróżniejszych środków agresji, zmiennych jak kameleon i odwiecznych jak zło i dobro. Walka z nimi przypomina walkę z wielogłowym potworem: utniesz mu jedną głowę, a natychmiast wyrośnie inna, jeszcze groźniejsza i sprytniejsza. To, z czym przychodzi nam walczyć, nigdy nie jest ustalone raz na zawsze, wciąż podlega zmianom, jest niezniszczalne." (Snape) ~ "Wielkość wzbudza zawiść, zawiść rodzi złość, złość sprzyja kłamstwom." (Voldemort)

piątek, 15 sierpnia 2014

POCZĄTKI MOJEJ KSIĄŻKI

wklejam to wszystko tutaj, ponieważ wiele osób chciało ja przeczytać, a nie miałam jak im tego wysłać. :))




Rozdział I

Była już prawie gotowa do wyjścia. Za pięć minut jak zawsze punktualnie miał zadzwonić dzwonek od frontowych drzwi, a tam miał na nią czekać Connor. Dziewczyna zeszła ze schodów i poszła do kuchni zjeść szybkie śniadanie. Nienawidziła poniedziałków, choć mogła to mówić w każdy inny dzień tygodnia. Oczywiście sam dzień nie miałby w sobie nic złego, gdyby jej Ciało nie odmawiało posłuszeństwa. W drodze do kuchni przejrzała się w wyszczerbionym lustrze. Jej włosy były już z lekka ułożone w spadające kaskadami orzechowe fale, a rzęsy wokoło dużych brązowych oczu wytuszowane maskarą. To właśnie latem na twarzy Elizabeth pojawiały się znikome ilości ledwo widocznych piegów na jasnej twarzy, których nienawidziła. Czuła się wtedy jak szczeniacka nastolatka. Jak ona tego nienawidziła! Przecież miała już swoje szesnaście wiosen i nie chciała wyglądać na młodszą, choć Connor uważa, że jej piegi są słodkie. On zawsze uważa, że jest słodka, dlatego jak zawsze wypowiada to słowo w jej obecności dostaje w zapłacie niezłego kuksańca w bok. Musiała się pośpieszyć – zostały jej cztery minuty do przyjścia przyjaciela.  Gdy weszła do pomieszczenia po kuchni krzątała się mama przygotowując śniadanie dla taty, a jak już o wilku mowa…
- tato, masz rękaw garnituru w kawie. – powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach. Jej ojciec codziennie szedł do pracy w garniturze i zawsze zamaczał jego rękaw w czarnej kawie. Może dlatego go tak kochała. Ojciec uśmiechnął się nieświadom swojej sytuacji i powoli podniósł rękę.
- dzięki. – powiedział. Lubiła w nim to, że był prostym człowiekiem, nigdy nie wymagał od niej niemożliwego i zachowywał się jak jej kolega. No dobra, może to ostanie nie było zaletą. – kochanie, moje śniadanie gotowe ? może ci pomóc ? – zapytał się z szerokim uśmiechem.
- nie, nie trzeba, choć El, usiądź i zjedz. – powiedziała matka. Jej mama była boginią. Miała długie, proste włosy w kolorze karmelu, orzechowe oczy, które hipnotyzowały każdego kto je zobaczył. Miała długie szczupłe nogi, za które mogłaby ją zabić, bo akurat tego nie odziedziczyła po matce. Ona miała równie długie nogi, lecz nie były tak zgrabne jak jej.  Posłuchała słów mamy i usiadła po przeciwnej stronie ojca. Do małego pomieszczenia przez szerokie okno wlatywały pojedyncze promienie słońca, które sprawiały wrażenie ciepła i pięknej pogody. Niestety, nie zawsze wrażenie jest prawdziwe. Na dworze poza tym ocieplanym pomieszczeniem było zimno i wietrznie. Po prostu – zwykła Nowojorska jesień. Zjadła szybko podane śniadanie i już miała wstawać gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
- już idę! – krzyknęła, złapała pieniądze na drugie śniadanie, telefon i torbę i czy prędzej pobiegła do drzwi. W połowie drogi mogła już dokładnie zobaczyć Connora. Jak co dzień był uśmiechnięty i gotowy, żeby zabrać ją do szkoły. Miał na sobie jasne spodnie i koszulkę z napisem : „ Facebook? – jebać go, wolę Call of Duty”. Oprócz tego od wczorajszego wieczoru nic w jego wyglądzie się nie zmieniło. Poprawka – był cały mokry. Po jego włosach spływały pojedyncze strużki deszczu, spodnie były w niektórych miejscach ciemniejsze, a koszulka  była opięta. Connor nie był szczególnie umięśniony, lecz nie był też jakoś strasznie wychudły. Dała mu znak ręką, że może wejść na chwilę, lecz on nie miał tego w zamiarze do zrobienia.
- nie możemy! Zaraz się spóźnimy El! – krzyknął poprzez lejący deszcz. -  wskakuj do auta. – dodał po chwili. Dziewczyna krzyknęła coś na dowidzenia rodzicom i pobiegła do Connora. Przez ten krótki odcinek od drzwi do klamki auta jej włosy stały się mokre do suchej nitki. Szybko złapała za oczekiwaną klamkę i wślizgnęła się do środka auta. Był to zwykły PickUp w kolorze dojrzałej wiśni. W środku było nawet czyste jak na auto, które tyle przejechało, choć na siedzeniach było widać jeszcze stare plamy po tym jak razem wylali na to dwa litry Pepsi. Siedziała teraz na miejscu pasażera i przyglądała się przedmieściom Nowego Jorku. Lubiła to miasto za wiele lokali gdzie spędzili razem z Connorem wiele czasu, lecz te korki…  stali na Court Street już chyba od pięciu minut, a za dwie minuty będzie dzwonek na pierwsze zajęcia.
- Connor, ja wiem, że nie lubisz jak się do ciebie mówi jak prowadzisz i do tego są korki… ale zaraz się spóźnimy i tym razem to nie będzie moja wina. – powiedziała, a chłopak od razu zareagował spojrzawszy na zegarek. Mocno skręcił w uliczkę na lewo i jechał ile tylko mógł. No dobrze, może trochę więcej niż można, ale dzięki temu niecałe dwie minuty potem stali już pod szkołą. Nie chodzili do jakiejś wypasionej szkoły – zwykła, dziwna i nudna szkoła, jednak nie narzekali. Elizabeth razem z Connorem wysiedli z auta i czym prędzej pobiegli na zajęcia. Często się spóźniali, ale dzisiaj był poniedziałek co oznaczało pierwszą lekcję z panem Dicklightem. Nikt go nie lubił, a już w szczególności z rana kiedy nikt nie miał ochoty na rozmowy o książkach.  Wbiegli przez frontowe drzwi i skręcili w korytarz na lewo do klasy 201. Przez wejściem Elizabeth ogarnęła swoje włosy i w tym samym momencie razem z Connorem zapukali do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Jeszcze jedna próba i nic. Dziewczyna odważyła się spokojnie otworzyć drzwi i zajrzeć do klasy.
- tu jest pusto Connor… - powiedziała, a potem weszła do pomieszczenia.
- El…  zgadnij dlaczego nikogo nie ma ? – zapytał zdenerwowany. Dziewczyna przeszukała swoje myśli i już wiedziała.
- matko Boska! Zapomniałam… - zaczęła się śmiać, a chłopak zawtórował jej tym samym.
- jesteś naprawdę inteligentna, już wiem dlaczego wywalili cię ze szpitala. – powiedział i śmiech ucichł.  Connor zapomniał, że Elizabeth nie lubiła jak ktoś przypominał jej sytuację w jakiej jest.
- Wiesz Connorze, - zawsze mówiła do niego pełnym imieniem kiedy było to coś ważnego. -  myślałam, że nie będziesz mi tego wypominał. Ja tego tak nie widzę. Jestem chora, ale czy to znaczy, że jestem inna ? Że nie mogę robić takich rzeczy jak ty ?! czyli, że jak jestem chora, to nie jestem już inteligentna jak dawniej ?! – zaczęła krzyczeć, lecz po chwili już się opanowała. – przepraszam cię. – powiedziała, podniosła torbę z ziemi i wybiegła z klasy. Chłopak nie zdążył jakoś zareagować.
- Elizabeth! – krzyknął tylko za nią, a jego słowa rozpłynęły się w pustej otchłani korytarza.  Nie pobiegł za nią. Wiedział, że dziewczyna musi teraz przemyśleć sobie wszystko, choć to nie była jej wina.  Mógł się nie odzywać, ale zabrakło mu argumentów. Nigdy nie pobiegł za nią, nie wiedział co ona robi w tym czasie, kiedy on myślał o całej tej sytuacji. Wiedział jednak, że nic sobie złego nie zrobi, choć tyle go uspokajało.

***

Dziewczyna nie wiedziała gdzie pójść. Zachowała się jak głupia nastolatka, która ma wyrzuty do wszystkich. Jednak miał rację. Wywalili ja ze szpitala – poprawka, sama nie chciała w nim zostać. Co z tego, że jest chora, przecież funkcjonuje normalnie, nie potrzebuje niczyjej pomocy, chyba, że liczy się nauka. Nawet nie wygląda jakby miała Raka! A może ona tego po prostu nie widzi…? Wyglądała jak każda ładna dziewczyna, oprócz włosów. Z daleka, piękne orzechowe włosy, z bliska, rozrzedzone bez koloru.  Chemia jej wcale nie pomagała, więc musiała brać z życia jak najwięcej mogła przez ten czas co jej został.
Dziewczyna przesiedziała w pomieszczeniu tyle czasu, że do klasy zaczęli się już schodzić uczniowie na kolejną lekcję. Co ona teraz miała... Angielski już przeminął, czyli, że powinna się udać na historię do tego nędznego gbura. Jak ona nienawidziła tego przedmiotu! Nie miała na myśli samej nauki bo szło jej całkiem nieźle, ale nauczyciel niszczył cały urok tych zajęć - poprawka, przecież jest teraz nowy nauczyciel.
Alan Rick wysoki brunet z ciemnymi jak smoła oczami, które podczas każdej chwili, kiedy przez "przypadek" na nią patrzył hipnotyzowały ją totalnie musiał ją uczyć. Mężczyzna wyglądał na góra dwiadzieścia lat i nie był najlepszym historykiem. Czasem zdawało jej się, że przygląda jej się dosyć za często, choć pewnie jej się to ubzdurało bo mężczyzna był naprawdę przystojny i był jej nauczycielem.
Dziewczyna przestała rozmyślać w momencie kiedy usłyszała swoje imię.
- Elizabeth ? - zobaczyła nad sobą mężczyznę, który sprawił, że zakręciło jej się w głowie i wstając straciła równowagę. - Ej, spokojnie, możesz stać ? zaprowadzić cię do pielęgniarki ?
- Nie.. - powiedziała i odsunęła się od chłopaka. - nie potrzebuje żadnej pielęgniarki, jeszcze tylko jej tu brakowało. Wszystko ze mną w porządku możesz mnie puścić  ? - chłopak spojrzał na swoją rękę, która trzymała El na nadgarstek zbyt władczo.
- jasne, już przepraszam. - odchrząknął i uśmiechnął się rozbrajająco. - nie wiedziałem, że aż tak działam na piękne kobiety, jak chcesz, to mogę zawołać cię jeszcze raz, a tu lepiej udasz, że mój głos nie zrobił na tobie warażenia. - powiedział i przysunął się bliżej - Elizabeth. - Wypowiadając pierwszą głoskę po plecach dziwczyny przeszły przyjemne ciarki. Chłopak to zauważył, uśmiechnął się i mrugnął do niej.
-Connor cię szukał. - odsunął się i złapał za torbę z Beatles'ami. Ciekawy styl muzyczny jak na taki charakter.
- skąd go znasz ? - może powinna się zapytać skąd wie jak wygląda ona, ale już nie będzie się go wypytywać. Chłopak stanął na przeciwko niej na wyciągnięcie ramion i rozglądał się nie wyraźnym wzrokiem. Czego on szukał ?
- kolega, nie martw się skarbie, twój przyjaciel nie jest gejem. - na twarzy Elizabeth pojawił się rumieniec. Czy on powiedział do mnie skarbie i się nie zaśmiał ? chłopak jakby czytał jej myśli zaczął się głośno śmiać - jego głos  obezwładnił dziewczynie umysł - był głęboki jak woda w oceanie, a ta głębia dodawała mu tylko charakteru.  - Elizabeth, idź może na lekcje, bo Connor się o ciebie martwi. - słowa wypowiedziane przez chłopaka doszły do niej jakby przez mgłę, a sama postać odsunęła się od niej i wyszła z klasy.
  Stanęła rozkojarzona na korytarzu - gdzie on może być ? zaraz zaczyna się lekcja u Rick'a więc pewnie czekał na nią przed klasą. Dlaczego jej szukał ? wiedział, że nic sobie nie zrobi - było by to przecież cholernie głupie. już widziała te nagłówki gazet, które może by się tym zainteresowały : "dziewczyna chora na raka popełniła samobójstwo za pomocą plastikowego noża od sałetek z Mc' donalda.". Może i byłaby sensacją, któej gazety potrzebują, ale byłaby głupia, żeby specjalnie dla nic to zrobić, przecież lepiej było zabić sie za pomocą swoich dzwnych wąsów tlenowych. Nie potrzebowała ich od pewnego czasu, lecz często miała napady, w których Connor był niezastąpiony. Czym ona zasłużyła na niego ? Był dla niej za fantastyczny -  jak bohater wyciągniety z powieści romantycznej. O czym ona myślała ? Connor był wspaniały ale chyba z lekka przesadziła - on był zwykłym nastolatkiem. Jej przyjacielem. Jej prawdziwym bratem, którego nie posiadała.
Nie miała nic do rodziców za to, że była jedynaczką - przeciwnie, kochała ich za to. Dzięki temu była w centrum ich uwagi, i również dzięki temu szybko odkryto u niej chorobę. Była małych szkrabem latającym jak opętane po podwórku kiedy oni śmiali się co z niej wyrośnie. Zazwyczaj było obstawiane przez ojca, że będzie ona jaką małpką w cyrku i będzie znana jako "kobieta Tarzan", lecz mam miała własną teorię. Jej mama była osobą dobrze nastawioną do życia - może dlatego, że kochała ksiązki. Po niej odziedziczyła wspaniałą wyobraźnię - Elizabeth kochała ksiązki - były jedynym miejscem, gdzie zawsze była przyjmowana jak stary znajomy, czytając swoje ulubione książki po kilkanaście razy. U swoich faworytów miała ołówkiem, rażącym flamastrem zaznaczane piękne cytaty, najlepsze momenty i takie, które potrzebowała dogłębniej zrozumieć, które chciała komuś pokazać. Nowe książki były częstszymi gośćmi niż nowi znajomi...
Dzwonek zadzwonił z impentem gdy dziewczyna wchodziła właśnie do klasy. słońce wpadało do pomieszczenia przez wielkie okna sięgające do samego sufitu, gdzie zakończone były złotymi zdobieniami, które w większości zasłaniały przezroczyste firanki zasłaniające widok na świeże powietrze. Była to jedyna klasa, w której założono zasłony - uczniowie nie byli  wcześniej za bardzo zainteresowani zajęciami z Angielskiego więc dyrektor sięgnął po radykalne środki. Nikt mu się nie dziwił - szkoła miała najniższe wyniki z testów, które od pewnego czasu żeby poprawić wyniki były robione co tydzień..
- Witam was wszystkich, usiądźcie sobie wygodnie i wyjmijcie tylko długopisy. - ... w poniedziałki. Zapomniała na śmierć. Tak ją pochłonęła lektura, że nad "Wybrańcami" przesiedziała całą noc i poranek. Musiała coś wymyślić, nie mogła pisać testu. Matka by ją zabiła, że zaniedbuje naukę. Podniosła rękę. Mężczyzna nie zwrócił na nią uwagi tylko przejechał wzrokiem po klasie.
- Elizabeth, sądzę, że nie chcesz iść skorzystać z toalety ? - zapytał znienacka nauczyciel. Ciche śmiechy rozeszły się po pomieszczeniu.
- A co jeśli chcę, hę ? - zapytała chyba zbyt nietaktownie. A co będzie się z nim użerać ? chce grać z nią w tę grę, to będzie grała.
- no to mamy za małe kabiny, bo samej cię do kabiny nie wpuszczę. - powiedział z uśmiechem na twarzy. Cała klasa wybuchnęła śmiechem. Po krótkiej chwili dodał. - chyba, że pokarzesz przed wejściem, że nie masz ściąg. - nie wytrzymała. Jak on tak mógł, był przecież nauczycielem, nie jej kolegą!
- A co, chce pan wejść ze mną do kabiny ? przepraszam, niedyspozycja, pana plan nie wypali. - uśmiechnęła się najbardziej sztucznie jak jej mimika pozwalała. Klasa zwróciła swoje spojrzenia w stronę młodego nauczyciela. Nie było z dziewczyną tak łatwo wygrać, niech sam to poczuje na własnej skórze.
- kochana - powiedzał takim samym udawanym tonem. - jesteś świetna, ale... no nie wiem, może dyrektor ci to powie, możesz już do niego zmierzać. - uśmiechnął się i wskazał jej drzwi. - tylko nie zapomnij wyjąć ściąg zanim do niego wejdziesz, smoki czują oszustwo na kilometr. - spojrzała mu prosto w oczy z nienawiścią. Całe dnie jej się przyglądał, ale teraz bał się spojrzeć jej w oczy. Czuła jego strach. Czuła, że bał się jej dawnej choroby.
- Jeśli czują oszustwo, to dlaczego tu jeszcze pan pracuje? - dziewczyna zaakcentowała słowo, które w tej sytuacji nie pasowało do tego mężczyzny.
Connor cały czas wpatrywał się uporczywie w przyjaciółkę. Ona zawsze musiała się pakować w kłopoty? wszystko przez jej niewyparzony język. Miała go za dużo w szkole, za mało myślała nad tym co mówi. Nie dziwił jej się, co mogło jej jeszcze bardziej zaszkodzić ? Wygrała walkę z rakiem, ale to powinien być powód do próbowania żyć lepiej niż dotychczas, nadgonić swoją młodość przeżytą w szpitalach.
Ona to robiła - nadrabiała to czego nie przeżyła - nie przeżyła jeszcze pyskowania, kary w szkole, kłótni z nauczycielem z podtekstami gwałtu i pedofilstwa - tak, tego jej strasznie brakowało. Szkoda, że tylko ona to robiła. W szkole było wiele "złych" uczniów, ale nie bawili się w gry słowne z nauczycielami, którzy chcą dla nich dobrze.
Elizabeth wyszła z klasy trzaskając przy tym jak mogła najmocniej, drzwi się zaklekotały i dotknęły framugi. Była z siebie zadowolona. Wreszcie Rick nie odpowiedział na jej kąsliwą uwagę. Ale to ona przegrała z samą sobą. Dała się sprowokować. Nie mogła do tego więcej dopuścić. Nie da mu więcej takiej satysfakcji, że dał jej popalić. Co to to nie! On nie był wart jej uwagi - zwykły dupek, który myśli, że jeśli jest od nas starszy tylko o kilka lat i nas uczy to jest Bogiem - Mylił się i to grubo. Bóg to szuja i nie ma znaczenia, że rządzi całym światem, co ją to interesowało? Pokazał co potrafi - stworzył świat, zwierzęta, ludzi i również te cholerne choroby, ale co z tego skoro doprowadził do kataklizmów, powodzi i trzęsień Ziemii ?! Kolejny dupek z symptomem narcyzmu.
Doszła do końca korytarza,tabliczka "DYREKTOR"  wisiała jak wół przed jej oczami, lecz ona się nie zatrzymała żeby zapukać. Przed pokojem nie było żadnej sekretarki - ominęła ją już dawno niezauważona. W wąskim pomieszczeniu wisiał tandetny żyrandol w kształcie trapezu, który miał za zadanie oświetlać drogę do jamy smoka po czerwonym dywanie.
Nie często miała okazję tu przebywać. Dziewczynie zazwyczaj nie dawano kar - było to przecież zrozumiałe, wszyscy uważali, że umiera i trzeba się nad nią litować. I oto , co z tego wyrosło - pyskate dziecko bez zachamowań nawet do nauczycieli. Ciekawe co będzie z kochanym dyrciem.
Stała teraz w pomieszczeniu u czekała aż mężczyzna ją zauważy i odwróci wysoki skórzany folet, które maskował go w całości. Dawno nie widziała twarzy tego człowieka - wszystkie apele były prowadzone przez nauczycieli, a samego dyrektora widziało się tylko pierwszego dnia w szkole, gdy przychodziło się do gabinetu z rodzicami. Mężczyzna po tych 3 latach zmienił się drametralnie - jego wcześniej przydługie kasztanowe włosy zostały zastąpione krótko ściętą fryzurą z oznakami siwizny. Bez pytań mogła się domyślić dlaczego. Na takie schorzenie u osób pracujących z młodzieżą było tylko jedno wytłumaczenie - cholerne bachory. Oczy dawniej były pełne życia, szczęscia i pomysłów na udoskonalenie szkoły, teraz w żadnym stopniu nie przypominały ludzkich oczu - tęczówki były bezbarwne i beznamiętnie wpatrywały się przed siebie. Jedno w mężczyźnie się nie zmieniło - nadal miał na sobie garnitur i krawat wcale nie pasujący kolorystyką do stanowiska w oświacie - błękitny nie był najbardziej rozchwytywanym kolorem u nauczycieli płci męskiej.
Jeśli nic nie powie, znając dyrektora nawet się nie odezwie do niej. Uważał, że uczniowie powinni mieć szacunek do starszych (czyt. Jego) i mówić jako pierwsi, a potem się nie odzywać. Proste jak drut, lecz ciężko się odezwać do człowieka, który przypomina wyglądem Golluma, który siedzi i wpatruje się w swój ukochany pierścień. Jak jego... On miał żonę ? nie wiedziała tego, ale nie sądziła, że któraś "normalna" kobieta zakochałaby się w smoku bez uczuć.
- Dzień Dobry panie dyrektorze. - odważyła się wreszcie wydusić z siebie powitanie. Mężczyzna zwrócił swój wzrok na osłupiałą dziewczynę.
- Witam Elizabeth Jean Heatwood - nikt nie używał jej pełnego imienia i nazwiska. Nikt oprócz niego. Poczuła chłód płynący z jego wzroku. Wpatrywał się w jej plecak. - Co cię do mnie sprowadza ? - dreszcz przeszedł jej po plecach. Nienawidziła jego obojętnego tonu. Przecież tak naprawdę nic go to nie obchodziło. Uważał ją za wybryk natury - nieudaną próbę modyfikacji człowieka.
- Panie dyrektorze, - oczywiście należał mu się całkowity szacunek, dziewczyna nie chciała wiedzieć co by się stało, gdyby zapomniała o takiego rodzaju zwrotach - Pan Rick kazał mi do pana dyrektora przyjść.
- z powodu.. ? - wiedziała, że musi cały czas patrzeć mu prosto w oczy, ale nie potrafiła. Odwróciła wzrok w stronę szerokiego okna i po chwili znów spojrzała na smoka.
- z powodu mojego nagannego zachowania - powiedziała i dodała pośpiesznie tak, jakby wcale nie zapomniała - panie dyrektorze. - nie chciała mieć do czynienia z Gollumem, któremu zabrało się ukochany pierścień...
- Droga Elizabeth, - mężczyzna chyba jeszcze nie wiedział, że za ten zwrot stracił już trzy palce. Do wypisywania czeków zostało mu już tylko siedem. Biedaczek. - dlaczego pyskujesz do nauczycieli ? życie dało ci w kość, rozumiem twój stan, twoje nastroje pochorobowe, ale dlaczego wyżywasz się słownie na niczego winnych nauczycielach ? - nieczgo nie winnych ? W dziewczynie aż się buzowało, "przecież to on zaczął!" chciała mu to wykrzyczeć prosto w twarz ale powstrzymała się przed tą chwilą przyjemności.
***
- Gdzie byłaś tak długo ?! - krzyczał do niej z drugiego końca korytarza Connor. Nie chciała z nikim teraz rozmawiać. Chłopak wreszcie ją dogonił i złapał za nadgarstek. Zatrzymała się.
- wołałeś mnie ? - przyjaciel zrobił się cały czerwony ze złości. Uwielbiała jak się denerwował.
- Nie, wcale cię nie wołałem. Ja tylko sprawdzałem, czy woźny już wócił. - spojrzał się na dziewczynę. - przepraszam, pomyliłem go z tobą.
- wiesz, tylko my mamy same panie woźne. - oboje spojrzeli po sobie. W korytarzu rozbrzmiał śmiech.
- czy ty zawsze potrafisz komuś dogadać ? - zapytał z uśmiechem Connor. Zastanowiło to dziewczynę, może i chłopak miał rację, zawsze miała ostatnie słowo w potyczkach. Czasem nie były to słowa, ale to już inna sprawa...
- To dlaczego nie było cię tak długo ? już się bałem, że smok zabrał cię do groty sam na sam. - Chłopak poruszył brwiami, a Elizabeth ryknęła śmiechem po tym, jak wbiła zabijające spojrzenie w przyjaciela, pod którym powinien już dawno ginąć w płomieniach. Nie podziałało, więc śmiech sam nasunął jej się na usta.
- taak, wiesz, kazał mi się przebrać za smoczycę ze Shreka i ubrać fikuśną sukienkę. - dziewczyna postanowiła się z nim zabawić słownie.
Mineło ponad pół dnia od  początku ich konwersacji w szkole.Teraz szli ulicą do domu Connora na gorącą czekoladę.
- dlaczego nie pójdziemy do kawiarni ? obok Hause'a jest świetna...
- nie. Pójdziemy do mnie do domu na czekoladę, nie będziemy wydawać zbędnie pieniędzy. - dziewczyna przyjrzała się przyjacielowi. Dlaczego po prostu nie chciał powiedzieć, że nie ma pieniędzy!?
- Conny, ja zapłacę za czekoladę, przecież wiesz, że mam pieniądze przy sobie.
- nie będziesz płaciła za mnie. - zaczyna się... - Jesteś kobietą, moja przyjaciółką i nie będziesz za mnie płacić. - mężczyźni muszą zawsze czuć się mężczyznami... Elizabeth skręciła w uliczkę prowadzącą do kawiarni ciągnąc za sobą Connora. Chłopak chcąc nie chcąc musiał iść z kobietą, która nawet nie zawracała sobie uwagi ludźmi, których potrącała "nie specjalnie". - Słyszałaś Elizabeth ?! - krzyknął cały już czerwony. Dziewczyna odróciła tylko głowę dalej mknąc do kawiarni.
- Za późno słońce. - powiedziała to specjalnie. Conny nienawidził jak ktoś mówił do niego tego typu zdrobnieniami.  Właśnie przechodzili przez próg kawiarni "L' France",  w której na złość Beth było od groma ludzi. Nie lubiła ludzi, może dlatego, że gdy była chora patrzyli na nią przez pryzmat choroby i tak ją traktowali. Ludzie już bez przesady, ona nie była osobą umierającą!
- nadal uważasz, że to był dobry pomysł ? - spojrzał podejrzliwym wzrokiem na mężczyznę w musztardowych swetrze, który ku im zdziwieniu wyciągał buteleczkę z czerwonym gęstym płynem i wlewał do pustej do połowy szklanki. - Widziałaś to ? - dziewczyna zaśmiała się. Potwierdziła skinięciem głowy i poszła w stronę wolnego stolika.
- Chodź,a nie wpatrujesz się ślepo w tą piękną dziewczynę. - Connor zrobił się cały czerwony. Elizabeth miała rację, teraz stała przed nim wysoka z ciemnymi włosami i pociągającymi jasnymi jak niebo oczami dziewczyna. Po prostu - piękna jak nimfa.
- no chodź..! - Beth cofnęła się i złapała chłopaka za rękę. Usiedli przy wolnym stoliku i rozglądali się po lokalu. Kelnerzy i przede wszystkim kelnerki rozwozili zamówione dania na wrotkach - wyglądało to magicznie w połączeniu ze scenerią przypominającą Wonderland. Spojrzeli na kartę. Mieli zamówić tylko gorącą czekoladę, ale dziewczyna ujrzała na karcie szarlotkę - jej plany od razu się zmieniły.
- W czym mogę pomóc tak pięknej damie ? - Elizabeth spojrzała w stronę skąd wydobył się ten komplement.
- Ekchem, ja też tu jestem. - usłyszała głos Connora, lecz nie zwróciła nawet do niego głowy. Znała tego chłopaka - to był kolega Conny' ego.
- A, przepraszam, a więc w czym mogę pomóc ?
- poprosimy dwa razy gorącą czekoladę, jedną z cynamonem, a jedną z imbirem i do tego dla mnie kawałek szarlotki. - powiedziałam zanim Connor zdąrzył się odezwać.
- poprosimy tylko jedną czekoladę z cynamonem. - zaprotestował. Kelner uśmiechał się uwodzicielsko do dziewczyny i czekał na ostateczną decyzję.
- Connor, nie masz nic do gadania...
- Mam i to wiele. Jedną czekoladę poprosimy. - chłopak usiadł zmęczony tą kłótnią obok dziewczyny bardzo blisko. Za blisko.
- A więc czekolada z cynamonem i kawałek szarlotki, Tak Elizabeth ? - nastolatka spojrzała na kelnera. dlaczego mówił do niej po imieniu ? pasowało jej to, był przecież zabójczo przystojny.
- Mów mi El, albo Beth, nie musisz mówić tak formalnie. - podała mu dłoń na przywitanie. Chłopak wstał i ucałował jej dłoń. Elizabeth próbowała powstrzymać się przed rumieńcami na jej policzkach.
- Jestem Santiago, miło mi cię poznać Elizabeth. - przyjrzała się jego oczom. Były niesamowicie pociągające i hinotyzowały każdym spojrzeniem.
- Nie słyszałeś, że woli żebyś mówił do niej Beth ?
- Ale dlaczego mam nie wymawiać tak pięknego imienia ? - spojrzał na nią. - aż szkoda je tak marnować i nie wymówić choć jednej litery Connorze. - nachylił się do dziewczyny i szepnął - nie musisz chować tego rumieńca, niesamowicie mnie pociąga. - podniósł się i w tej samej chwili dziewczynie zabrakło tchu. Momentalnie na jej twarzy pojawił się lekki i nieśmiały uśmiech. Nie to co u jej przyjaciela. Piorunował Santiago wzrokiem jakby chciał go spalić na stosie, a kelner nie zwracał nawet na niego uwagi.
- A więc co robicie w tej części miasta ? nigdy was tu nie widziałem. Napewno zauważyłbym takiego gbura i tak piękną dziewczynę. - znowu uśmiechnął się do niej eksponując swoje śnieżnobiałe zęby. Za nim kelnerka o kruczoczarnych włosach rozwoziła zamówienia, lecz zatrzymała się na chwilę przy chłopaku.
- A ty nie powinieneś pracować ,co ? - zapytała. Stanęła blisko chłopaka i wzrostem przewyższała go o jakieś 5 centymetrów. Elizabeth spojrzała na ich buty - no tak, kelnerka miała na sobie jak wszyscy wrotki, Santiago nie zrobił tej przyjemności szefowej.
- no przecież pracuję. - powiedział i się roześmiał - przynajmniej udaję, że pracuję.
- no tak, a szefowa udaje, że ci płaci. Norma u ciebie. - Elizabeth i Connor spojrzeli po sobie a potem na wysoką kelnerkę. Roześmiali się chałaśliwym śmiechem, który rozniósł się po całym lokalu.
- Widzisz, masz nawet śmiech jak anioł. -  powiedział przeszkadzając kelnerce w wypowiedzi.
- Koleś, nie sądzisz.. - zaczął Conny, ale dziewczyna podniosła głos tak, żeby Santiago zwrócił choć część swojej uwagi na nią.
-... zawsze ja muszę zarabiać cholerne pieniądze na twoje zachcianki i kolacje przy świecach z napotkanymi śmiertelniczkami...
- kim ? - Elizabeth wtrąciła się dziewczynie w połowie wypowiedzi. kim jesteś ?
- a kim mam być ? zapomniałam o waszych manierach.. jestem Rosalie i wcale nie znam tego dupka, który cię podrywał. - Santiago zrobił minę skupionego i nagle dziewczyna krzyknęła.
- Miałeś tego nie robić w kawiarni! - czego miał nie robić ? to wszystko było za bardzo podejrzane, tak jak oni.
- A wy się przecież znacie z Connorem, tak ? - spojrzała na Santiago, a Connor na nią zdziwionym wzrokiem.
- Beth, ja go nie znam, skąd ci to wpadło do głowy ? miałbym zadać się z tym pantoflarzem ?
- lepiej wyglądać jak ósmy cud świata niż grać ciągle w Call of Duty. - odgryzł się kelner. Dziewczyna spojrzała na przyjaciela, a później na nowo poznanego mężczyznę - był przystojny i to bardzo..
- Matko dziewczyno, nie mów, że jesteś następna! A już myślałam, że jest jeszcze ktoś normalny ze śmiertelniczek...  - dziewczyny spojrzał po sobie.
- o czym ty mówisz ? - przyjrzała się kelnerce, była oszałamiająco piękna.
- Podoba ci się Santiago! - Elizabeth czuła jak pięką ją policzki ze wstydu. Chłopak podszedł do zszokonawej dziewczyny prostolinijnością Rosalie i usiadł blisko niej. Ona spojrzała zszokowana na niego, bo ten bez żadnych ostrzeżeń złapał ją za rękę i przybliżył swoje wargi do jej szyi.
- Nie martw się, nie jestem tym zszokowany. - szepnął, a dziewczynie przeszły ciarki po całym ciele - przyjemne ciarki. - Nie dziwi cię, dlaczego jestem taki przystojny ? - zapytał i przejechał delikatnie wargami po jej szyi. Odgarnął długie włosy z ciała z ramienia dziewczyny i mówił dalej - wiesz, że cię kłamałem, jesteś na tyle inteligentna żeby zrozumieć co tu się dzieje i kim jesteśmy. - Poczuła że mocniej złapał jej dłoń, a ona poczuła napływ czyichś wspomnień. Przed jej oczami pojawił się Santiago kiedy podawał jej dłoń - jego była zimna i bez tętna. Następna scena ukazała się momentalnie po porzedniej - naprzeciwko widziała mężczyznę z kawiarni, który wlewał czerwoną ciecz do szklanki. Scena przeminęła i teraz widziała z perspektywy widza jak Santiago szeptał jej coś do ucha. Spojrzała w lustro obok, którego siedzieli - zobaczyła siebie i... Connora naprzeciwko. Nikogo wiecej. Jak to możliwe.. ?!
- wydaje mi się, że coś ominąłem... - powiedział jakby gdyby nic kelner. Connor spojrzał na niego.
- O tak, jeden stopień ewolucji. - dziewczyna zdała sobie sprawę, że tylko ona widziała te sceny przed oczami.  Santiago nadal trzymał ją za dłoń, lecz wyglądał jakby coś brał.
- Ej, kelnerka, gdzie moje danie ?! - krzyczał z drugiego końca sali klient. Rosalie odwróciła się do niego i spiorunowała wzrokiem, lecz znów spojrzała na nasz stolik.
- Będziemy potrzebować pieniędzy ? - zapytała przyjaciela.
- sądze, że mnie już wywalili, więc chyba nie. - dziewczyna uśmiechnęła się sama do siebie.
- Ej, facet, zamknij się, brak jedzenia dobrze ci zrobi! może nie wyglądasz jak kobieta, ale ten brzuch.... składam kondolencje dla żony, z którą pan uprawia seks. - mężczyznę zatkało, a cały lokal chuknął  śmiechem.
- Suka! poproszę zwrot pieniędzy! - krzyczał wstając od stolika.
- przeprasza pana, ale suką się jest, a nie bywa. Reszta klientów nie narzeka na tak ładną kelnerkę. - męska część kawiarni przytaknęła, a żeńska patrzyła na nich jak na chorych umysłowo. Elizabeth poczuła na szyi coś przyjemnie wilgotnego aż wydała z siebie pomruk.
- wiedziałem, że ci się spodoba.. - wymruczał jej do ucha Santiago przerywając pieszczotę. Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. Oczywiście, to było przyjemne, ale ona go nie znała! i jeszcze te dziwne wydarzenia....
- Santiago ty świntuchu! nawet o czymś takim nie myśl! - wykrzyknęła Rosalie na całą salę.
- Oj Rosie, cii... psujesz atmosf.. - dziewczyna wstała od chłopaka i stanęła nad nim. Musiała się dowiedzieć o co chodziło.
- co jest skarbie, przecież ci się podobało.. - Beth wywróciła oczami w tym samym momencie co Connor. Uśmiechnęli się.
- Po pierwsze, skąd wiesz o czym myślę ? po drugie, dlaczego nie widzę twojego oblicza! - Rosalie i Santiago zaśmiali się i to dziewczyna odezwała się jako pierwsza.
- Nie jesteś taka głupia. No dalej Elizabeth, połącz fakty! dobrze wiesz co tu się dzieje. - dziewczyna nie chciała w to uwierzyć. To działo się tylko w Zmierzchu i bajkach żeby straszyć dzieci na Halloween!
- Jeste.. - kelnerka pstryknęła palcami, a wokoło nich pojawiła się bariera - .. ście wampirami! Ja perdziele... To jest nie możliwe... - Santiago podszedł do niej. W tej pozycji przewyższał ją prawie o głowę.
- Elizabeth, nie zdziwiło cię to, że kleisz się do mnie jak mucha do łapki ? - posłał jej uwodzicielski uśmiech. - Na początku myślałem, że też jestem wampirzycą. - zdziwiło to dziewczynę.
- Jak to ? dlaczego tak sądziłeś ? - odezwał się już dawno zapomniany Connor.
- Bo mnie pociągała, jak magnes. Tylko wampirzyce tak działają na moją naturę. Śmiertelniczki musiałyby użyć swoich wdzięków, a ty się nawet na mnie nie spojrzałaś. - posłał jej spojrzenie kochanego starszego brata - no i.. pachniałaś specyficznie było czuć w tobie chemię...
- było czuć, bo jestem bo chemioterapii. Dla twojej wiadomości miała Raka.
- Czy... to jest zaraźliwe ? przenosi się kropelkowo ? - dziewczyna zaśmiała się razem z Rosalie. Jak na wampira i tyle przeżytych lat nie był za bardzo elokwentny...
- nie głupku! - wyprzedziła ja z odpowiedzią Rosie. - Rak nie jest zaraźliwy, ale masz może rację, ja też czułam chemię od niej, ale nie aż tak silną jak normalnie. Nie ważne, słyszeliście może coś o wampirach ? - zapytała prosto z mostu. Nikt nie zwracał na nich uwagi, czyli, że wampiry mogły używać magii.
- oprócz tego, że żyjecie miliony lat, pijecie krew i zabijacie ludzi to...
- to jeszcze to, że gracie w telenowelach hiszpańskich. - dodał Connor.
- nie prawda, graliśmy tylko w Draculi, bo zabiliśmy córkę reżysera... no to jakoś trzeba było zapłacić. Telenowele Hiszpańskie są zarezerwowane dla was śmiertelniku. - poprawił go wapmir.
- nie no ludzie zwolnijcie, najlepiej zatrzymajcie świat, ja chce zejść. - powiedziała poddenerwowana El.  Santiago przytulił ją lekko, a ona go nie odepchnęła. Jak mogła odepchnać takiego przystojniaka ?
- dziękuję, też jesteś piękna Elizabeth. - wymruczał tak, żeby Connor usłyszał wszystko co powiedział.
- A ty głupi jesteś Santiago... - burknęła wampirzyca.
- nie nazywaj mnie tak, jestem inteligentny.
- przepraszam jeśli łamię twoje uczucia nazywając cię głupim, ale byłam pewna, że już o tym wiesz. - odgryzła się Rosalie. Santiago milczał przez dłuższy czas, nawet nie dobierał się do Elizabeth.
- Dlaczego milczysz ? - zapytała wreszcie dziewczyna dźgając go palcem w żebra.
- dobieram słowa. - odparł. Elizabeth spojrzała na niego.
- jakie ?
- Cenzuralne, bo jesteśmy w miejscu publicznym. - wszyscy ryknęli śmiechem.  - co się śmiejecie ?! wiecie jak trudno zastąpić przekleństwa ?! - krzyknął, a oni nie przestawali się śmiać.
- może idźmy gdzieś indziej, co ? - zaproponowała Elizabeth.
- no to chodźmy do nas. - powiedziały w tym samym momencie Wampiry i uśmiechnęły się zachęcająco. Wszyscy wstali, kelnerzy zrzucili fartuchy, a Rosie zmieniła wrotki na buty na niebotycznym obcasie.
***
Szli może z kilkanaście minut, gdy przed nimi pojawił się strzelisty budynek z czerwonej cegły. Nie weszli przenim wejscie, które wyglądało, jakby przeżyło atak na World Trade Center.
- Strasznie wygląda, co ? - szepnął do niej Santiago, przestraszyła się jego dotyku na swoim karku.Czym ona mu zainponowała ? Była przeciętnej urody, wcale nie miała zabójczej figury jak Rosalie - albo on był ślepy, albo lubił dziewczyny wyglądające na sieroty.
- Noo... nie wygląda zachęcająco. Gdzie wy nas prowadzicie ? Tam było wejście... - chłopak ciągnął Elizabeth za rękę i razem szli śladem Connora i Rosie. Obeszli cały budynek i stali przed ceglastą ścianą.
- i co teraz, wdrapiemy się na wieżowiec, czy zmienicie się w nietoperze ? - zaśmiał się Conny. Rosalie spiorunowała go wzrokiem i spojrzała na przyjaciela.
- Naprawdę musieliśmy go zabierać ? po nam ten śmiertelnik do cholery ? mam go po dziurki w no..
- Nie przesadzaj Darkness, on może się jeszcze przydać. - wtrącił się wampir. Oboje przyglądali się Connorowi jakby zastanawiali się, czy usmażyć go wkrótce na krwisto, czy raczej nie.
- Wiem. możecie mnie sprzedać na allegro! to jest świetny pomysł, jeszcze tylko wchodzi w grę przesyłka, ale mogę sam dojść, albo zastraszycie rodzinę kurierowi... - proponował z sarkazmem chłopak, lecz dziewczyna miała minę, jakby naprawdę rozważała tą propozycję.
- Rosalie, wchodzimy, czy czekamy aż śmiertelnik się wygada ? Nie mam czasu na tego... - wciągnął głośno powietrze - idziemy ?
Objał Elizabeth w pasie, a ona uśmiechnęła się do niego z politowaniem.
- Skarbie, nie przesadzasz ? wiesz wogóle jak mam na nazwisko ? - zaśmiała się, bo chłopak puścił jej oczko po usłyszeniu zdrobnienia. Wampir zrobił minę skupionego i pochylił głowę do jej ucha.
- Słońce, wyglądasz tak świetnie i pociągająco, że zamiast słyszeć co mówisz wpatruję się z pragnieniem na twoje ust.. - dziewczyna wybuchnęła  śmiechem, Nie mogła się powstrzymać od pocałowania chłopaka w policzek. A niech ma! Nie ma co, umiał wymyślić niezłą bajeczkę na zawołanie.
- Umm... - wydyszał jej do ucha - a więc gdzie pani chciałaby się udać po tym wspaniałym czynie ? - posłał jej jeden z uśmiechów, po którym wszystkie dziewczyny byłyby jego.
- chola chola! incydencie jak coś. - poprawiła go Beth i spojrzała prosto w oczy. - no to może wreszcie wejdziemy do waszej norki ? - posłała Rosalie proszące spojrzenie.
- Dobra  Rareforest, daj dziewczynie spokój, bo jednak może być prawdopodobne, że rak jest zakaźny. - uśmiechnęła się do El i wyjęła z kieszeni mały kluczyk wytłaczany w kształtne płomienie wokoło rączki.
- Do czego ty chcesz go wło.. - Connor nie dokończył, bo dziewczyna obróciła sześciokrotnie klucz w dłoni, a ten zamienił się w drzwi - eleganckie, z czarnego szkła z pozłacaną klamką w kształcie smoka. Rosalie złapała za klamkę i otworzyła drzwi na szerokość.
- Uważajcie na stopień. - powiedziała nawet się nie odwracając i weszła w czarną otchłań. Za nią ruszył zaciekawiony druga stroną Conny. Dziewczyna została razem z wampirem, który wyglądał jakby z każdą sekundą zwłoki coraz bardziej chciał się na nią rzucić.
- No to... - szła już w stronę drzwi, lecz ne zdąrzyła wejść jedną nogą za framugę, gdy chłopak złapał ją za nogi i usadowił na swoich rękach. Jedną dłonią podtrzymywał jej plecy, a druga zajmowała zaszczytne miejsce pod jej udami.
- A więc gdzie mam panią zaprowadzić ? - zapytał szarmancko i pocałował Elizabeth w policzek. - mam wiele do zaproponowania: możemy pozostać w takiej pozycji i ja jako mężczyzna z klasą pokazałbym jaśnie pani metody komunikowanie się, ale możemy również przejść przez drzwi... - dłoń chłopaka przemieszczała się prawie nie zauważalnie coraz dalej... - i dostać się do mojej stylowej sypialni, a tak dokończylibyśmy jakże przyjemny incydent.. - chłopak pocałował dziewczynę w szyję i kreślił pocałunkami linię w stronę obojczyka. Elizabeth nie mogła oprzeć się wampirowi i jego suptelnym pieszczotom, więc zacieśliła uścisk na jego barkach wygięła się pod wpływem spazmy rozkoszy. Tak nie może być, dopiero co się poznali!
- Sant.. - następny pocałunek teraz pod płatkiem lewego ucha. - .. tiago... - pocałował dziewczynę w policzek - przesta-ań.. - jego usta przesuwały się powoli w stronę ust dziewczyny, były już tak blisko... - Stop! - Elizabeth odzyskała przytomność. Tak nie może być. Chłopak zrobił minę zawiedzionego, już tak niewiele brakowało!
- Kochanie... - złapał ją delikatnie za dłoń i zaczął masować ją kciukiem - nie musisz się powstrzymywać, ja wiem, ja czuję, że mnie chcesz. Mojej miłości do ciebie nie dasz rady opanować - złapał ją za drugą dłoń, a lewą ręką objał w pasie i przyciągnął do siebie