GRY
zachęcam do KOMENTOWANIA, zapisywania się do grup i domów w HOGWARCIE! "Ciężka praca i ból to najlepsi nauczyciele." (Filch)~ "Nie ma czegoś takiego jak dobro i zło, jest tylko władza i potęga. I mnóstwo ludzi zbyt słabych, by osiągnąć władzę i potęgę." (Quirrell)~ "To nasze wybory ukazują kim naprawdę jesteśmy, o wiele bardziej niż nasze zdolności." (Dumbledore) ~"Ból jest częścią człowieczeństwa." (Dumbledore)~ "Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywd, niż jawna niechęć." (Dumbledore)~ "Czarna magia to mnogość najróżniejszych środków agresji, zmiennych jak kameleon i odwiecznych jak zło i dobro. Walka z nimi przypomina walkę z wielogłowym potworem: utniesz mu jedną głowę, a natychmiast wyrośnie inna, jeszcze groźniejsza i sprytniejsza. To, z czym przychodzi nam walczyć, nigdy nie jest ustalone raz na zawsze, wciąż podlega zmianom, jest niezniszczalne." (Snape) ~ "Wielkość wzbudza zawiść, zawiść rodzi złość, złość sprzyja kłamstwom." (Voldemort)

poniedziałek, 19 maja 2014

opowiadanie konkursowe - Dramione.

i Następne Dramione przesłane przez Paula Rzeminska. zachęcam do oceniania w skali od 0 do 10. ;-)


Hermiona szła korytarzami Hogwartu z dumnie uniesioną głową. Dostała dziś W z eliksirów. Profesor Snape nigdy nie dawał W nawet Hermionie, jeśli chodzi oczywiście o Gryffindor. Jakież było zdziwienie niemal całego Hogartu, gdy wszyscy dowiedzieli się o tym co nastąpiło na lekcjach u Snapa. Oczywiście Hermiona nie była mniej zdumiona niż wszyscy inni. Wiadomo było, iż profesor eliksirów faworyzuje swoich wychowanków z domu Salazara Slytherina i nikt nie spodziewano się zmiany sytuacji. Jak już było wspomniane zdziwiony był niemal cały Hogwart co robi kolosalną różnicę.
Jedynym, który wydawał się nie poruszony tym zdarzeniem był Draco Malfoy. Właściwie to dzięki niemu dziewczyna otrzymała ten stopień. Ta mądra czarownica zasługiwała na to, od pierwszego roku, a tym czasem zdobyła ten stopień dopiero na siódmym roku. Ileż Draco musiał się starać by profesor zwany nietoperzem przystał na tą propozycję, a raczej żądanie. Pan Malfoy wracający z gabinetu Snapa szedł pogrążony w myślach. Jego twarz nadal pozostawała w wyrazie aroganckiego niezainteresowania, jednak jego serce biło szybciej z powodu jego myśli o najmądrzejszej czarownicy od czasów Roweny Ravenclaw.
Nagle wpadł na kogoś. Rozległ się krzyk jakiejś dziewczyny. Draco utrzymał równowagę i odezwał się:
-Uważaj jak łazisz.
-Chyba ty Malfoy.
Chłopak słysząc ten głos spojrzał na dziewczynę leżącą na ziemi. Zobaczył kasztanowe włosy i piękne oczy. Kolana się pod nim ugięły.
-Prze-prze-przepraszam. Nie zauważyłem cię.-zaczął jąkając się.
-Co?-zdziwiła się Hermiona- Malfoy, dobrze się czujesz?
-Ja?-zapytał głupio Draco
-Tak, ty. To do ciebie nie podobne przepraszać za coś.
-No cóż, to była moja wina Hermiono, więc…
-Zaraz, co? Nazwałeś mnie Hermioną? Od kiedy nie jestem szlamą?
-No…przepraszam, że cię tak nazywałem, ale byłem pod wpływem mojego ojca, a, że jest teraz w Azkabanie, to nie naciska już na mnie.
-Wiesz, nie sądziłam, że kiedykolwiek usłyszę coś takiego od wielkiego arystokraty, czarodzieja czystej krwi.
-Oj, no dajmy temu spokój.
Draco unikając wzroku czarownicy rozejrzał się wokół. Nikogo nie było na korytarzu.
-Hermiono, bo wiesz… chciałem zapytać czy…
Przerwały mu czyjeś krzyki. Do holu wpadło dwóch chłopaków, których ani Draco, ani Hermiona nie znali, ale słyszeli o ich ciągłych awanturach. Jeden z nich odbił dziewczynę tego drugiego i teraz ciągle rzucają w siebie zaklęciami.
- Najwyraźniej nie chciała takiego mięczaka jak ty. Zresztą, jest tyle warta co szkolne miotły, a co najlepsze jest we mnie zakochana po uszy.
-Nie waż się tak o niej wyrażać.
-Bo co mi zrobisz? Potraktujesz Avada Kedavra?
-A co? Założysz się?
Chłopak zbladł i na chwilę stracił rezon, ale zaraz się opanował.
-Nie zrobisz tego. –powiedział lekko przestraszonym głosem, próbując ratować resztki swojej godności.
-Mnie się nie obraża, a to samo tyczy się mojej dziewczyny, którą perfidnie mi odebrałeś.
Skierował różdżkę w stronę chłopaka, który patrzył na nią sparaliżowany. Drugi chłopak się opamiętał i także wycelował w niego różdżkę. W jednej chwili oboje wypowiedzieli zaklęcia. Różdżki jednego z chłopaków wystrzeliło zielone światło, a w ostatniej chwili ten sam chłopak poleciał do tyłu, a mordercze zaklęcie poleciało wprost na Hermionę. Pierwszy zareagował Draco. Chciał osłonić Hermionę, ale nie zdążył. Zielone światło trafiło dziewczynę.
-Nie!-krzyknął Malfoy
Gdy dwaj chłopcy zorientowali się co zrobili podbiegli do nich.
-Ja nie…
Urwał, a Draco natychmiast krzyknął do nich:
-Biegnijcie po pannę Pomfrey, albo nie, lepiej po Dumbledora.
Żaden z nich się nie ruszył, tylko wpatrywali się w Hermionę.
-Już, wy nędzne szczury!
Tym razem posłuchali. Draco został sam z dziewczyną. Nagle przypomniał sobie zaklęcie, jakie czytał kiedyś w księdze o czarnej magii. Była to formułka, która przywracała komuś życie. Wiadomo jednak, że był w tym jakiś haczyk. Osoba rzucająca zaklęcie musiała umrzeć. Zdecydował. Ona bardziej przyda się światu. Po jego nieskazitelnym policzku spłynęła łza. Zaczął recytować:
-Ta osoba jest mi droższa niż sam ja. Przywróć życie jej, w zamian…
-Nie!-krzyknął głos jakiegoś starszego mężczyzny. Draco przerwał recytację i spojrzał w stronę, z której dochodził głos. To był Dumbledore, jednak nikogo z nim nie było. –Nie rób tego.
On jednak zignorował to i zaczął od nowa swoją formułkę:
-Ta osoba jest mi droższa niż sam ja.-chłopak usłyszał jak prawie równo z nim formułkę zaczął Dumbledore, jednak nadal kontynuował formułkę jeszcze głośniej i szybciej-Przywróć jej życie, w zamian za moje. Jestem zdecydowany w pełni. Oddaje jej swoje życie.
Hermiona poruszyła się w jego ramionach. Dumbledore kończył recytację, ale urwał w pół słowa, gdy stało się jasne, iż Draco go uprzedził. Dziewczyna otwarła oczy i usiadła gwałtownie widząc Nad sobą Malfoya.
-Ja żyję?-zapytała.
-Hermiono ja…-zaczął Draco, ale urwał gdy wstrząsnął nim spazm bólu.
-Przepraszam. Próbowałem panno Granger.-odezwał się Dumbledore- On ożywił panią, ale swoim kosztem.
Hermiona po tych słowach rzuciła się ku Malfoyowi. Jego twarz była wykrzywiona w grymasie bólu.
-Kocham cię-powiedział.
-Też cie kocham Draco. Nigdy ci tego nie powiedziałam, ale kocham cię.
-Zawsze byłaś w moim sercu. Nigdy cię nie opuszczę.
Hermiona zaczęła szlochać. Jej łzy kapały na policzek Draco. Nagle przestał się ruszać. Młoda czarownica ukryła twarz w jego ramieniu i zaczęła gorzko płakać.
Poczuła ruch. Szybko poderwała głowę i spojrzała na twarz Draco. Jego powieki się poruszyły i otworzył oczy. Usiadł, a Hermiona go pocałowała.
Zwróciła się do Dumbledora:
-Jak to możliwe?
-Łzy prawdziwej miłości. Tak, to nie są puste słowa, że miłość zwycięży nawet śmierć. To czysta prawda. Dwie osoby muszą się naprawdę kochać, aby przezwyciężyć śmierć. To najlepszy dowód na czyste uczucie.
Po chwili profesor odszedł zostawiając pare samą, bo byli już niewątpliwie parą. Siedzieli na podłodze trzymając się za ręce.
-Zawsze cię kochałem.-wyznał Draco Hermionie.
-Ja ciebie też, choć zauważ, że nie okazywaliśmy tego najlepiej.
Zaśmiali się oboje.
-Razem?-zapytała czarownica.
-Zawsze-odparł Malfoy.

opowiadanie konkursowe - Jilly

wiadomość od autorki :
Witam! Chciałabym zgłosić swoje opowiadanie na konkurs Jeżeli można to proszę o podpis Expecto Evans, ponieważ takiego nicka zawsze używam na blogu. :3 Jest to opowiadanie z paringu Lily Evans&James Potter. Dziękuję za uwagę.
PS Wiem, że mogą być błędy, ale no cóż.. Nikt nie jest idealny
:-)
Autorka jest z domu kruka, miłego czytania i zachęcam do wyrażanie swojej opinii w skali od 0 do 10.



 ,,Nie zdążył’’


Kochana D.,
Wiem, że dawno się nie odzywałam. Ale musisz mi wybaczyć. Wiem, że akurat Ty, jako moja jedyna przyjaciółka, możesz to zrobić. Wiedz, że nie piszę bez powodu. Chciałabym Cię przeprosić za to, że Cię zraniłam. Och! ile ja bliskich mi osób zraniłam! Proszę, przyjmij moje przeprosiny. To dla mnie ważne. Wiem, że to może mnie uratować od ciemności. Słyszałam, że z Syriuszem spodziewacie się dziecka. Przepraszam, że nie byłam na waszym ślubie. Jakoś marna ze mnie druhna. Mam nadzieję, że to też mi wybaczysz. Wiem, że proszę o zbyt dużo. Wiem, że wybaczenie jest najtrudniejsze. Ale Ty temu podołasz. Ja to wiem, choć nie jestem pewna, czy nie wybaczyłaś mi już zbyt dużo razy, żebym mogła prosić jeszcze o to jedno, ostatnie wybaczenie. A ja zrobiłam najwięcej. Lecz tak jak wspomniałam nie piszę bez powodu. Powiem wprost: ja umieram. Nie ważne gdzie i jak. Nie przejmuj się tym. Wiem, że jesteś szczęśliwa, więc nie wiem dlaczego do Ciebie piszę. Nie chcę tego szczęścia burzyć, ale musiałam. Akurat Ty musiałaś wiedzieć. Tylko Tobie mogłam powierzyć swoje tajemnice. Dlatego tą też Ci powierzam. Do zobaczenia po drugiej stronie zasłony. Może tam będę szczęśliwa tak, jak Ty jesteś tutaj.
Twoja
L.
~*~

Drogi J.,
Chciałabym Ci podziękować za wszystko, co mi dałeś. Za to, że byłeś taki wytrwały, że walczyłeś do końca. Nie poddałeś się, chociaż ja Cię odtrącałam. Za to, że w końcu mnie przekonałeś do siebie. Za to, że zmieniłeś się dla mnie. Tylko dla mnie. Za to, że obdarowałeś mnie swoją miłością, chociaż mogłeś mieć każdą. A chciałeś tylko mnie. Do teraz nie wiem dlaczego to ja byłam Twoją wybranką. W niczym się nie wyróżniam od innych dziewczyn. A jednak Ty - najprzystojniejszy chłopak w szkole - wybrałeś mnie. Wiem jednak, że Cię zraniłam. Za to chciałabym Cię przeprosić. Zrozum, musiałam odejść. Nawet nie wiesz, co ja czułam wtedy, na tym korytarzu w hotelu. Teraz żałuję, ale gdybym dostała drugą szansę, zrobiłabym to samo. To miał być taki piękny dzień. Ostatni w naszej szkole. A ja wszystko zepsułam. Lecz zrozum to dla Twojego dobra. Mam nadzieję, że zrozumiesz. Słyszałam także, że się ożeniłeś. Nawet nie wiesz jak się cieszę z Twojego szczęścia. Teraz jeszcze brakuje potomka. Małego chłopca, który będzie oczkiem w twojej głowie J. Muszę Ci coś powiedzieć. Ty już masz potomka J. Po naszym rozstaniu urodziłam syna. Jest on tak podobny do Ciebie! Ma takie same czarne włosy i taki sam uśmiech. Moje ma tylko oczy. Ale jednak mam nadzieję że Tobie i Ann się uda. Trzymam kciuki. Lecz nie po to piszę. Chcę się pożegnać. Wiem, że na pewno zdziwisz się, gdy zobaczysz od kogo jest ten list. To trochę niemądre pisać do Ciebie po półtora roku rozłąki, prawda? Teraz mamy po 28 lat. Ale nie o to chodzi. Tym listem chciałabym się z Tobą pożegnać. Dla mnie nie ma już ratunku. Wiem, że niedługo po mnie przyjdą. Pozwolili mi jedynie wysłać trzy pożegnalne listy. Zapewne zastanawiasz się, dlaczego wybrałam akurat Ciebie, prawda? Odpowiedź jest prosta. Nadal Cię kocham i nigdy nie przestanę. Kochałam, kocham i będę Cię kochać aż do końca moich dni. Ten list nic nie zmieni. Mojego przeznaczenia też już nie zmienisz. Już za późno. Ale wiedz, że umrę szczęśliwa. Bo umrę za miłość. Umrę, abyś Ty mógł żyć. Więc proszę, nie rozpaczaj za mną. Traktuj to jako przeprosiny. Wiem, że to bardzo duża cena, ale ja nie mam dla kogo żyć. Ty masz. I tu się właśnie różnimy. Dlatego jest to ostateczne pożegnanie. Do zobaczenia tam na górze. Do zobaczenia po drugiej stronie zasłony. Może tam odnajdę swoje prawdziwe szczęście.
Kochająca
L.
~*~

Mój Szkrabie,
Wiem, że jeszcze jesteś za mały, aby to przeczytać, ale muszę to napisać. Kiedyś dostaniesz ten list, jak będziesz duży. Jeżeli go czytasz, to ja najprawdopodobniej już nie żyję. W tym liście chcę Ci wytłumaczyć dlaczego wychowałeś się bez matki i ojca. Kiedy byłam młoda bardzo kochałam twojego tatę, Kotku. Ale dla jego bezpieczeństwa musiałam od niego odejść. A wtedy dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Każdy mówił abym usunęła ciążę , bo i tak nie podołam opiece nad dzieckiem. Ale ja się nie zgodziłam. Wiedziałam, że nie mogę Cię zawieść. I cieszę się, że taką decyzje podjęłam. Mogłam się Tobą nacieszyć całe 9 miesięcy. Był to najlepszy okres w moim życiu. Dałeś mi tyle szczęścia. Tak bardzo Cię kocham! Przepraszam, że mnie nie było na Twoich pierwszych urodzinach, przepraszam, że nie widziałam Twojego pierwszego dnia w szkole. Że nie odbierałam Cię z niej. Przepraszam za wszystkie chwile gdy mnie nie było przy Tobie a Ty mnie potrzebowałeś. Ale wiedz, że ja zawsze jestem blisko Ciebie. Cały czas jestem w Twoim serduszku, które bije dla mnie. Chociaż mnie nie widzisz ja ciągle stoję obok Ciebie. Wspieram Cię każdego dnia. Ale zrozum ja musiałam umrzeć. Jeżeli nie ja on zamordowałby Twojego ojca, a ja go zbyt mocno kocham żeby dać mu odejść. Kiedy piszę ten list ma on 28 lat. Spokojnie, wie o Twoim istnieniu. Może nawet go już widziałeś, ale nie zdawałeś sobie z tego sprawy. Ale pamiętaj o jednym: nigdy nie żałowałam, że Cię urodziłam. Kochałam, kocham i będę Cię kochać nad życie tak jak Twojego ojca. Do zobaczenia, Kochanie, po drugiej stronie zasłony. Mam nadzieję, że kiedyś się tam spotkamy i znów będziemy szczęśliwi.
L.
~*~
Pewnego zimowego poranka mężczyzna o czarnych włosach siedział w kuchni i przeglądał pocztę. Gdy zauważył list do siebie szybko go otworzył i zatopił się w lekturze. Z każdym jego słowem jego mina coraz bardziej się zmieniała, aż w pewnym momencie samotna łza spłynęła po jego policzku. Szybko ubrał płaszcz i wybiegł z domu. W tym samym czasie pewna brązowowłosa kobieta szykowała śniadanie dla męża, jednocześnie przeglądając pocztę. Następnie zabrała swoją kawę i usiadłszy przy stoliku zaczęła rozrywać kopertę. W trakcie czytania listu kubek, który trzymała blisko ust upadł z łoskotem na podłogę, a sama kobieta wybuchła płaczem.
~*~
Na spokojnej ulicy na przedmieściach Londynu znikąd pojawił się czarnowłosy mężczyzna. Szybko zaczął kierować się w stronę jednego z domków jednorodzinnych. Kiedy stanął naprzeciwko domku, którego szukał dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Dom był doszczętnie zniszczony. Drzwi były wyważone a okna wybite. Nagle głuchą ciszę przerwał płacz dziecka, który dochodziło gdzieś z budynku. Mężczyzna wiedział już co się stało, lecz nie chciał tego do siebie dopuszczać. Dalej miał nadzieję, że zdążył, że Ona jeszcze żyje. Żwawo wszedł do mieszkania i skierował się do pokoju dziecka. Tak jak pisała był bardzo podobny do niego. Te same włosy, tylko oczy miał inne. Patrzył na świat jej zielonymi oczkami. Otrząsnąwszy się poszedł dalej. I tam dopadła go prawda. Zobaczył ją leżącą na ziemi z otwartymi oczami, które wpatrywały się pusto w dal. Kiedyś te oczy patrzyły na niego. Kiedyś były całym jego światem. Trzęsąc się podszedł do jej bezwładnego ciała i mocno przytulił. Teraz kiedy tulił to ciało bez życia wiedział, że zbyt późno zareagował. Wiedział, że nie zdążył.

poniedziałek, 12 maja 2014

coś innego - moja książka

wiem, że nie napisaliście nic żebym ją wstawiła, ale pomyślałam, że może komuś się spodoba. ;-)
zaczęłam pisać książkę (tak, za duuużo wolnego czasu) i,.. nie wiem czy w ogóle dobrze się zaczyna. poczytajcie proszę, i napiszcie swoje zdanie w komentarzu, jest to dla mnie naprawdę ważne. 
przechodząc do książki - Akcja dzieje się teraz w Nowym Yorku, nie będę wam opisywać wszystkiego, po prostu na początek wrzucam wam przedstawienie każdej z postaci, które na razie będą występować i nie obraźcie się na mnie, bo wrzucę tak, jak miałam napisane w Wordzie czyli troszeczke chaotycznie i nieskładnie. :-D
A więc ekchem :



Elizabeth heatwood – główna bohaterka, chora  na raka. Wybuchowa, igrająca z ogniem, szalona. Długie kasztanowe włosy (falowane lekko), ciemne brązowe oczy, jasna cera, zadarty nos, pełne usta, wysoka i szczupła. 16 lat.
Rosalie  darkness – wampirzyca (wygnana razem z Santiago) wysoka, ciemne krucze włosy (długie, zawsze rozpuszczone) szczupła, ciemne, aż czarne oczy. 17 lat. Niebezpieczna, lubiąca polować i pić krew, zabijać. Zakochana potajemnie w jednym z braci Black.
Jane floral -  przyjaciółka Elizabeth, niepodobna jej się zachowanie przyjaciółki, wysoka, ciemne średniej długości włosy, jasne błękitne oczy, jasna cera, średniej długości nos wąskie usta. 16 lat. Rozsądna, miła i ciepła.
Sarah  brilliance – pół anielica, przeszła potajemnie na stronę diabła (pomaga wampirom), 16 lat. Średniego wzrostu, blond włosy z czarnymi końcówkami po przemianie, szczupła, zielone oczy. Wcześniej rozsądna, uczciwa – po przemianie zdradliwa, czujna i kłamliwa.

Santiago  Rareforest – wampir (wygnany razem z Rosalie), wysoki brunet o ciemnych oczach, szczupły, przystojny (nawet jak na wampira). Zakochany od pierwszego wejrzenia w Elizabeth, kobieciarz, zadufany w sobie, kochający walki i zabijanie. 17 lat.
Lilith – pierwsza wampirzyca, żona Kaina, wampiry ją ubóstwiają (ale tylko ci nie wygnani)
Sophie – wilkołaczka, wysoka, rude włosy do połowy pleców, szczupła, (po przemianie kolor sierści : karmelowo – rudy) 16 lat. Miła, ale drapieżna i nieufna.
Nick Black – jeden z braci Black. 18 lat, wysoki czarne włosy, ciemne oczy, szczupły. Wampir nie wygnany, (jeszcze, bo zostanie po pomocy Satiagowi)
Lethal Black – 18 lat. Całkiem inny niż brat. Wysoki, jasne włosy, jasne oczy. Wampir.
Angelus Goodland – pół anioł, jasne włosy jasne oczy wysoki 18 lat.pomagał wrócić Sarah na dobrą stronę.
Connor Mikolith  – przyjaciel Elizabeth. Średniego wzrostu, ciemne włosy, ciemne oczy, okulary (potem jak zostaje wilkołakiem nie potrzebuje ich), przyjacielski, nieśmiały, odwrotność Elizabeth.

postacie są jak widzicie troszeczkę różnej maści, są wampiry, wilkołaki, pół anioły i na razie normalni ludzie. as teraz czas na pierwszy rozdział! :-D




Rozdział I

Była już prawie gotowa do wyjścia. Za pięć minut jak zawsze punktualnie miał zadzwonić dzwonek od frontowych drzwi, a tam miał na nią czekać Connor. Dziewczyna zeszła ze schodów i poszła do kuchni zjeść szybkie śniadanie. Nienawidziła poniedziałków, choć mogła to mówić w każdy inny dzień tygodnia. Oczywiście sam dzień nie miałby w sobie nic złego, gdyby jej Ciało nie odmawiało posłuszeństwa. W drodze do kuchni przejrzała się w wyszczerbionym lustrze. Jej włosy były już z lekka ułożone w spadające kaskadami orzechowe fale, a rzęsy wokoło dużych brązowych oczu wytuszowane maskarą. To właśnie latem na twarzy Elizabeth pojawiały się znikome ilości ledwo widocznych piegów na jasnej twarzy, których nienawidziła. Czuła się wtedy jak szczeniacka nastolatka. Jak ona tego nienawidziła! Przecież miała już swoje szesnaście wiosen i nie chciała wyglądać na młodszą, choć Connor uważa, że jej piegi są słodkie. On zawsze uważa, że jest słodka, dlatego jak zawsze wypowiada to słowo w jej obecności dostaje w zapłacie niezłego kuksańca w bok. Musiała się pośpieszyć – zostały jej cztery minuty do przyjścia przyjaciela.  Gdy weszła do pomieszczenia po kuchni krzątała się mama przygotowując śniadanie dla taty, a jak już o wilku mowa…
- tato, masz rękaw garnituru w kawie. – powiedziała z lekkim uśmiechem na ustach. Jej ojciec codziennie szedł do pracy w garniturze i zawsze zamaczał jego rękaw w czarnej kawie. Może dlatego go tak kochała. Ojciec uśmiechnął się nieświadom swojej sytuacji i powoli podniósł rękę.
- dzięki. – powiedział. Lubiła w nim to, że był prostym człowiekiem, nigdy nie wymagał od niej niemożliwego i zachowywał się jak jej kolega. No dobra, może to ostanie nie było zaletą. – kochanie, moje śniadanie gotowe ? może ci pomóc ? – zapytał się z szerokim uśmiechem.
- nie, nie trzeba, choć El, usiądź i zjedz. – powiedziała matka. Jej mama była boginią. Miała długie, proste włosy w kolorze karmelu, orzechowe oczy, które hipnotyzowały każdego kto je zobaczył. Miała długie szczupłe nogi, za które mogłaby ją zabić, bo akurat tego nie odziedziczyła po matce. Ona miała równie długie nogi, lecz nie były tak zgrabne jak jej.  Posłuchała słów mamy i usiadła po przeciwnej stronie ojca. Do małego pomieszczenia przez szerokie okno wlatywały pojedyncze promienie słońca, które sprawiały wrażenie ciepła i pięknej pogody. Niestety, nie zawsze wrażenie jest prawdziwe. Na dworze poza tym ocieplanym pomieszczeniem było zimno i wietrznie. Po prostu – zwykła Nowojorska jesień. Zjadła szybko podane śniadanie i już miała wstawać gdy zadzwonił dzwonek do drzwi.
- już idę! – krzyknęła, złapała pieniądze na drugie śniadanie, telefon i torbę i czy prędzej pobiegła do drzwi. W połowie drogi mogła już dokładnie zobaczyć Connora. Jak co dzień był uśmiechnięty i gotowy, żeby zabrać ją do szkoły. Miał na sobie jasne spodnie i koszulkę z napisem : „ Facebook? – jebać go, wolę Call of Duty”. Oprócz tego od wczorajszego wieczoru nic w jego wyglądzie się nie zmieniło. Poprawka – był cały mokry. Po jego włosach spływały pojedyncze strużki deszczu, spodnie były w niektórych miejscach ciemniejsze, a koszulka  była opięta. Connor nie był szczególnie umięśniony, lecz nie był też jakoś strasznie wychudły. Dała mu znak ręką, że może wejść na chwilę, lecz on nie miał tego w zamiarze do zrobienia.
- nie możemy! Zaraz się spóźnimy El! – krzyknął poprzez lejący deszcz. -  wskakuj do auta. – dodał po chwili. Dziewczyna krzyknęła coś na dowidzenia rodzicom i pobiegła do Connora. Przez ten krótki odcinek od drzwi do klamki auta jej włosy stały się mokre do suchej nitki. Szybko złapała za oczekiwaną klamkę i wślizgnęła się do środka auta. Był to zwykły PickUp w kolorze dojrzałej wiśni. W środku było nawet czyste jak na auto, które tyle przejechało, choć na siedzeniach było widać jeszcze stare plamy po tym jak razem wylali na to dwa litry Pepsi. Siedziała teraz na miejscu pasażera i przyglądała się przedmieściom Nowego Jorku. Lubiła to miasto za wiele lokali gdzie spędzili razem z Connorem wiele czasu, lecz te korki…  stali na Court Street już chyba od pięciu minut, a za dwie minuty będzie dzwonek na pierwsze zajęcia.
- Connor, ja wiem, że nie lubisz jak się do ciebie mówi jak prowadzisz i do tego są korki… ale zaraz się spóźnimy i tym razem to nie będzie moja wina. – powiedziała, a chłopak od razu zareagował spojrzawszy na zegarek. Mocno skręcił w uliczkę na lewo i jechał ile tylko mógł. No dobrze, może trochę więcej niż można, ale dzięki temu niecałe dwie minuty potem stali już pod szkołą. Nie chodzili do jakiejś wypasionej szkoły – zwykła, dziwna i nudna szkoła, jednak nie narzekali. Elizabeth razem z Connorem wysiedli z auta i czym prędzej pobiegli na zajęcia. Często się spóźniali, ale dzisiaj był poniedziałek co oznaczało pierwszą lekcję z panem Dicklightem. Nikt go nie lubił, a już w szczególności z rana kiedy nikt nie miał ochoty na rozmowy o książkach.  Wbiegli przez frontowe drzwi i skręcili w korytarz na lewo do klasy 201. Przez wejściem Elizabeth ogarnęła swoje włosy i w tym samym momencie razem z Connorem zapukali do drzwi. Nikt nie odpowiedział. Jeszcze jedna próba i nic. Dziewczyna odważyła się spokojnie otworzyć drzwi i zajrzeć do klasy.
- tu jest pusto Connor… - powiedziała, a potem weszła do pomieszczenia.
- El… czemu zgadnij dlaczego nikogo nie ma ? – zapytał zdenerwowany. Dziewczyna przeszukała swoje myśli i już wiedziała.
- matko Boska! Zapomniałam… - zaczęła się śmiać, a chłopak zawtórował jej tym samym.
- jesteś naprawdę inteligentna, już wiem dlaczego wywalili cię ze szpitala. – powiedział i śmiech ucichł.  Connor zapomniał, że Elizabeth nie lubiła jak ktoś przypominał jej sytuację w jakiej jest.
- Wiesz Connorze, - zawsze mówiła do niego pełnym imieniem kiedy było to coś ważnego. -  myślałam, że nie będziesz mi tego wypominał. Ja tego tak nie widzę. Jestem chora, ale czy to znaczy, że jestem inna ? Że nie mogę robić takich rzeczy jak ty ?! czyli, że jak jestem chora, to nie jestem już inteligentna jak dawniej ?! – zaczęła krzyczeć, lecz po chwili już się opanowała. – przepraszam cię. – powiedziała, podniosła torbę z ziemi i wybiegła z klasy. Chłopak nie zdążył jakoś zareagować.
- Elizabeth! – krzyknął tylko za nią, a jego słowa rozpłynęły się w pustej otchłani korytarza.  Nie pobiegł za nią. Wiedział, że dziewczyna musi teraz przemyśleć sobie wszystko, choć to nie była jej wina.  Mógł się nie odzywać, ale zabrakło mu argumentów. Nigdy nie pobiegł za nią, nie wiedział co ona robi w tym czasie, kiedy on myślał o całej tej sytuacji. Wiedział jednak, że nic sobie złego nie zrobi, choć tyle go uspokajało.

***

Dziewczyna nie wiedziała gdzie pójść. Zachowała się jak głupia nastolatka, która ma wyrzuty do wszystkich. Jednak miał rację. Wywalili ja ze szpitala – poprawka, sama nie chciała w nim zostać. Co z tego, że jest chora, przecież funkcjonuje normalnie, nie potrzebuje niczyjej pomocy, chyba, że liczy się nauka. Nawet nie wygląda jakby miała Raka! A może ona tego po prostu nie widzi…? Wyglądała jak każda ładna dziewczyna, oprócz włosów. Z daleka, piękne orzechowe włosy, z bliska, rozrzedzone bez koloru.  Chemia jej wcale nie pomagała, więc musiała brać z życia jak najwięcej mogła przez ten czas co jej został. 



PROSZĘ WAS, NAPISZCIE MI W KOMENTARZACH CO SĄDZICIE O MOICH WYPOCINACH. :'(







niedziela, 11 maja 2014

opowiadanie konkursowe - Dramione

no i znowu kolejne dramione.... ech, ale tym razem coś ciekawego, bo autorka chciałaby zostać anonimowa, a żebyście wiedzieli na kogo głosujecie podpisała się Princess Andromeda.
miłego czytania i zachęcam do oceniania opowiadań w skali od 0 do 10. ;-)





 Londyn, 12.06.2000r.
Drogi Draco!
Od kąd zamknęli Cię tam minęły dwa okrągłe lata. A przez ten czas nawet raz do Ciebie nie napisałam. Mam nadzieję, że wybaczysz mi to, ale przechodziłam niemałe załamanie nerwowe. Jeśli nie chcesz mnie znać, zrozumiem to. A mam Ci tyle do opowiedzenia!
Najpierw chciałabym Ci powiedzieć, żebyś wiedział i o tym zawsze pamiętał – jesteś dla mnie najważniejszy i nikt poza tobą się dla mnie nie liczy. Kocham Cię.
Gdy usłyszałam wyrok, pomyślałam sobie: Cztery lata, to nie tak dużo...Zleci i znowu będziemy mogli być razem; Myliłam się. Pierwszy miesiąc był dla mnie katorgą. Rozpoznawanie ciał, ciągłe przesłuchania. Nie mogłam tego znieść. Nieustanny ból po stracie tylu ukochanych osób przewyższał moje siły, dodatkowo nie było Cię przy mnie, nie miał kto mnie pocieszyć. Chole*nie tęskniłam, to mnie zżerało od środka. Może dlatego wtedy nie napisałam...?
Szukałam moich rodziców. Nie odnalazłam. To mnie dobiło do reszty. Czasami myślałam o tym, by skończyć ze swoim życiem. Bo tak byłoby lepiej. Nikt by nie tęsknił. W takich chwilach przypominałam sobie twoje ostatnie słowa, zanim Cię zabrali: Trzymaj się i pamiętaj, że ja Cię nigdy nie opuszczę. Wrócę tu i będziemy razem. Nic sobie nie zrób. Zrób to dla mnie...kocham Cię...;Dźwięczą mi w uszach do tej pory.
Czasami siadałam, wyciągałam pergamin pióro i pisałam datę. Nagłówek,a potem pustka. Zupełnie nie wiedziałam co do Ciebie napisać. Bo co? Napisałabym : Hej Draco, no wiem, że nie dawałam znaku życia, ale pomyślałam sobie, że jednak by wypadało?; Głupio się czuję i jest mi strasznie wstyd, że nie pisałam tyle czasu. Wciąż jednak łudzę w sobie nadzieję, że otworzysz list i go przeczytasz.
Osiem miesięcy od tamtej pamiętliwej daty, dostałam zaproszenie na ślub. Ginny i Zabini’ego. Ruda długo mnie namawiała, żebym przyszła i została jej świadkową. Świadkową nie chciałam zostać...Dlaczego? Bo może świadkowa musi tańczyć ze świadkiem? A z własnego doświadczenia wiem, że Theodor nie jest zbyt dobrym tancerzem. Gdybyś tu z nami był, to napewno ty byś został świadkiem, a ty potrafisz tańczyć. No tak, z tobą nie musiałam się martwić o to czy będę miała podeptane stopy...
Zostałam matką chrzestną. Młodego Zabini’ego. Anthony Dracon Zabini. Ginny nie chciała się zgodzić na drugie imię, bo dobrze wiesz – nie do końca Cię lubi. Blaise się uparł, uznał, że chce aby jego syn nosił drugie imię po jego przyjacielu, dzięki któremu on nie wylądował tam gdzie jesteś teraz ty. Gin chciała, żeby na drugie miał William, bo bardzo jej się tak podobało. Ojcem chrzestnym jest George.
W rok po twoim zamknięciu zaczęłam szukać pracy – no i zostałam uzdrowicielem. W pracy odcinałam się od mojej nędznej rzeczywistości którą ubarwiały choć trochę wizyty państwa Zabini z moim ukochanym chrześniakiem. W szpitalu poznałam twojego byłego „współlokatora”. John Coffey. Trafił do nas, bo ktoś postanowił sam się z nim rozprawić. Mówił mi, że często o mnie mówiłeś i poznał mnie po twoich opisach. Mówił, że bardzo za mną tęsknisz...Było mi strasznie przykro. Ja do Ciebie nie napisałam ani słowa, ale ty wciąż o mnie pamiętałeś...
Nie związałam się z nikim, z nikim nie byłam. Od dwóch lat jedynymi mężczyznami z jakimi mam kontkat są Harry, George, Blaise i mały, kochany Tony.
Harry myślał, że jestem głupia. Wiesz z kim się ożenił? Z Parkinson! A dodatkowo chciał i mnie i ją przekonać, żebym to ja została jej świadkową! W tedy w jednym byłyśmy zgodne: Harry do reszty zgłupiał. Powiedziałam mu, ze jeśli zamiast ślubu chce mieć jedną wielką walkę, to chętnie. Dobrze wiedział, że ja i ona się nie znosimy. Nie mogłyśmy wytrzymać w jednym pomieszczeniu piętnastu minut, a on tu mówił o całej ceremonii ślubnej i weselu na którym miałabym siedzieć centralnie obok niej! W ostateczności Harry zgodził się na nasz układ: Ja zostanę świadkową Parkinson, a on pozwoli nam zorganizować wieczór panieński. I podczas tego wieczoru bawiłam się tak dobrze po raz pierwszy od lat. Dogadałam się Parkinson, a na ślubie już błyśmy do siebie po imieniu. Teraz mamy ze sobą bardzo dobre kontakty,a Pansy spodziewa się młodego Potter’a.
Zależy mi na tobie, pragnę byś to wiedział. Nie oczekuj ode mnie tego, że Cię odwiedzę. Mogę nie dostać zgody, po za tym nie wiem czy wzbiorę się na odwagę. Gdy w końcu z tąd wyjdziesz będę czekać na ciebie w parku, tam gdzie pierwszy raz się pocałowaliśmy. Przyjdź.
Tęsknie za tobą kochanie. Kocham Cię. Na zawsze twoja,
Hermiona

Szum liści.

Skrzypnięcie ławki.

Godzina ósma.

Za chwilę powienieś tu przyjść.

Słyszę trzask teleportcji.

Upadek walizki na ziemię.

Kroki po żwirze.

Unoszę głowę.

Widzę ciebie.

Patrzysz sie na mnie pytająco.

Jesteś wychudzony.

Uśmiecham się do ciebie delikatnie.

Wstaję.

A ty już wiesz co masz zrobić.

Podchodzisz szybko.

I przytulasz unosząc do góry, obracając się kilka razy.

Całujesz mnie.

- Tęskniłem.

A cały świat, zaczął się śmiać.

opowiadanie konkursowe - Dramione.

Kochani przynoszę następne opowiadanie i martwi mnie to, że nie dostałam jeszcze żadnego Sevmione... ok, możecie również wy przysyłać opowiadania na naszą stronkę na facebook'u i liczę na jakiejś dziwne połączenia no i na SEVMIONE! <3
opowiadanie przesłane przez Wik Torię ze Slytherin'u  ;-) 
strona, na którą możecie wysyłać opowiadania
oczywiście nadal w komentarzach proszę o napisanie waszej opinii w skali od 0 do 10. ;-)




Musiałam wyjść z tego domu, a najlepszym miejscem była Pokątna i tak musiałam iść kupić nową "Historię Hogwartu". Napisał ją sam Harry, mogę jeszcze wstąpić do Freda i Georga'a. Dopiero początek wakacji, a ja już chcę do pracy. Jako nauczycielka historii magi w Hogwarcie mszę być też na czasie z nowinkami historycznymi. teleportowałam się na Pokątną koło Esy-Floresy i weszłam do środka.
-Dzień dobry- zaczęłam- chciałabym kupić nową książkę pt. "Historia Hogwartu"".
Ekspedientka uśmiechnęła się do mnie, podeszła do półeczki i wróciła z książką.
-Książka kosztuje dwa sykle. Taką cenę ustalił sam autor. Gdyby przyszła pani jutro, Harry Potter mógłby podpisać dla pani to wybitne dzieło.- powiedziała
Podałam jej pieniądze do ręki, Harry chciał, żeby książka poszła po honorowej cenie. Wiedział, że nie wszyscy są bogaci. Pieniądze i tak były przeznaczone na książki do szkoły, żeby rodzice nie musieli wydawać tylu pieniędzy. Zresztą moja autorska książka o nazwie "Wszystkie przygody Harry'ego Pottera" w formie wywiadu też sprzedawała się bardzo dobrze.
-Nie potrzebuje podpisu, bo Harry to mój przyjaciel.- szepnęłam
Kobieta zarumieniła się. Dopiero w tej chwili zwróciłam uwagę na jej wygląd. Niebieskooka blondynka, która na oko ma 24 lata.Ubrana w koszulkę na ramiączkach i jeansy.. Jest bardzo ładna. Speszyła się tym, że znam Harry'ego, kobiety w jej wieku są w nim zakochane. Ale on jest z Ginny i są już po ślubie. Nawet planują mieć już dziecko.
-Nie wiedziałam, przepraszam.- odszepnęła
Jakie to było oczywiste, wszyscy tak reagowali, "Jak to ty naprawdę przyjaźnisz się z Harry'm?" albo po prostu "Przepraszam". Byliśmy wszyscy na to przygotowani, przecież to on zabił Lorda Voldemorta.
-Dziękuje i do widzenia.- powiedziałam
Wyszłam ze sklepu i od razu natknęłam się na bliźniaków.
-Hej.- przywitałam się
-Cześć Hermiona.- odpowiedzieli jednocześnie
-Nie pracujecie dzisiaj?- zdziwiłam się
-Patrzyłaś która godzina? Jest 19:30, a my zamykamy teraz o 19:00. -wytłumaczył Fred
Od dawna wiedziałam, że Fred chciał ze mną być, ale ja kochałam wtedy Rona. Na samą myśl o nim wzdrygnęłam się. Dopiero teraz zauważyłam, że jakoś dziwnie spokojnie zniósł rozstanie. Zresztą nie powinno mnie to obchodzić.
-Miona -z rozmyśleń wyrwał mnie głoś George'a".- chcielibyśmy z Tobą spędzić więcej czasu, ale wybieramy się do rodziców, więc sama wiesz.
Przytaknęłam głową i pożegnałam się z nimi. Pan i pani Weasley są w szpitalu św. Munga, po ostatniej misji dla Zakonu wylądowali w nim bo wampir próbował ich zabić. Teraz leżą w śpiączce od miesiąca. Nagle zobaczyłam coś dziwnego w ciemnym zaułku. Nie byłam wprawdzie już na służbie, ale musiałam to coś zlikwidować. Weszłam tam i zobaczyłam dementora, jeszcze nie wszystkie wróciły do Azkabanu. Poczułam jak wysysa moją dusze.
-Expecto...- nie zdążyłam wypowiedzieć całego zaklęcia bo osunęłam się o ziemię.
Wiedziałam, że wyssie ze mnie ducha.
-Expecto Patronum!- krzyknął obcy głos.
Spróbowałam otworzyć oczy, żeby zobaczyć mojego wybawcę, ale zobaczyłam tylko jego patronusa w kształcie węża. Już wiedziałam kto mnie uratował, zrobił to też trzy lata temu kiedy więcej dementorów się na mnie rzuciło. Jego właścicielem był Dracon Malfoy, mój były śmiertelny wróg.Dementor uciekł, a Malfoy wziął mnie na ręce.
-Znowu Cię ratuję.- powiedział z uśmieszkiem na twarzy
-Dziękuję.- szepnęłam i zemdlałam.

Rozdział Dziewiętnasty.

kochani potteromaniacy, teraz leżę chora w łóżku więc spróbuje więcej pisać, ale mam do was zapytanie. Zaczęłam pisać książkę i chciałabym, żebyście ją ocenili, ale.... chcecie wogóle zobaczyć moje wypociny...? piszcie w komentarzach, a teraz następny rozdział bloga. :-)



Jak on miał jej to powiedzieć ?! przecież... ech, ona chyba jest na tyle inteligentna, że nie będzie zachowywać się jak idiotka i rozpaczać. ta dziewczyna miała w sobie potencjał i to nie mały i teraz Severus już wiedział po kim ma taki charakter. Jakby się przyjrzeć gryfonce to była ona nawet podobna do swojego ojca, ale oczywiście przed tym, jak jego twarz zaczęła przypominać wygłodniałego i starego już węża.Obrzydlistwo! Jeżeli Granger przyjmie wiadomość o swoim prawdziwym ojcu w pewnym stopniu normalnie, to może ze swoim charakterem zrobi coś z jego szpetną mordą jaszczurki. szedł właśnie korytarzem, który prowadził do pokoju, w którym mieli siedzieć ci przeklęci gryfoni, w tym jego przyszła żona, o której nikt na razie miał nie wiedzieć. podszedł do drzwi z gracją cichego zabójcy i wsłuchał się w rozmowę.
- Ron ! - dosłyszał krzyk Granger - jak mogłeś uderzyć mnie poduszką! - zaczęła się śmiać.Dziewczyna wbrew przekonaniom Severusa była atrakcyjną kobietą i umiała mu dorównać w rozmowach czego nie zawsze mogła mu zagwarantować Minevra. Jej śmiech przypominał mu szczęśliwe chwile z jego życia, których było mniej niż kot napłakał. Przypominał mu, jak by to było, gdyby nie został śmierciożercą i nie spieprzył sobie tym całego życia... nigdy nie czuł czegoś takiego na widok jakiejś kobiety. Lily, Lily nie była tą, którą kochał, nigdy w życiu. Ona go tylko wykorzystywała, żeby mieć dobre oceny z Eliksirów,a to, że była ładna, to nie miało znaczenia - jej perfidny charakter mógł czasami nawet dorównać James' owi, zapewne dlatego tak do siebie pasowali, zapatrzony w ciebie narcyz i lalunia ze skłonnościami do wykorzystywania ślizgonów zakochanych w niej po uszy.
- no nie wiem, może tak samo, jak ty mogłaś mnie zostawić ? - powiedział, a potem nawet Severus mógł wyczuć przez drzwi, że zapadła w pokoju niezręczna cisza.
- wiesz co Ronaldzie, nasz "związek" jeśli można to tak ująć, mógłby zyskać wielką popularność w takim świetnym mugolskim serialu "Miłość na Bogato", a wiesz dlaczego ? - zapytała bez zainteresowania.
- nie wiem, śmiało, pochwal się swoim pochodzeniem i wiedzą -  odpowiedział chłopak, a w dziewczynie aż się buzowało.
- ja zawsze wiedziałam, że jesteś chamem Ron, ale teraz to juz przesadziłeś ! zachowujesz się jak jeden wielki Dupek w stosunku do Hermiony! - powiedziała Rudowłosa.
- zamkniecie się ?! wszyscy w ostatnim czasie dajecie mi popalić i .. - przestała bo do pokoju wszedł jak zawsze poważny Snape. Dlaczego ona zawsze musi przychodzić w najmniej odpowiednim momencie ?! zaraz zaraz... jeżeli Snape jest teraz tutaj, a przed chwilą był na zebraniu Zakonu to znaczy, że...
- Panie profesorze spotkanie już się skończyło ? - krzyknęła na powitanie z entuzjazmem. Severus przez chwilę przyglądał się dziewczynie, lecz ona nie wiedziała dlaczego.
- coś się stało..? - znowu zapytała. Profesor nadal nie odpowiadał. Co się z nim do cholery Jaśnistej dzieje ?!? - Snape ! - chyba troszeczkę przesadziła.
- Potter, Weasley, Weasley, Weasley, Weasley wyjść, - powiedział i spojrzał na drzwi - a ty Granger nawet nie waż się ruszyć nogą z tego fotela. - dodał po chwili, gdy dziewczyna już chciała się zapytać co z nią. Hermiona chyba na prawdę przesadziła...
- no już, WYNOCHA! - ryknął rozwścieczony Severus.Gryfoni jak tylko usłyszeli ten "krzyk" to już po niecałej sekundzie ich nie było.Zapadła niezręczna cisza, której żaden z nich nie miał odwagi przerwać. Po chwili dziewczyna odważyła się odezwać po tym, jak profesor usiadł na fotelu po przeciwnej stronie.
- Przepraszam panie profesorze, - zaczęła - nie powinnam była krzyknąć na pana po nazwisku...- Severus był zdumiony jej postawą, nawet nie pomyślał, że ona... go przeprosi.
- Granger, nie gadaj tyle - mruknął, no bo przecież nie mógł jej powiedzieć "nie ma za co". - Tak. - dziewczyna nie wiedziała o co mu chodzi.
- co "tak" panie profesorze...? - zapytała ze spokojem.
- Pytałaś się bezmózga dziewucho czy spotkanie zakonu się skończyło więc ci odpowiedziałem! - Jak on  nienawidził się powtarzać...
- d-dobrze panie profesorze... - Snape' a zaczęła ogarniać furia, przyszedł tutaj nie po to, żeby się na niej wyżywać.
- przestań juz z tym Panem Profesorem! - krzyknał, lecz następne słowa mówił powoli i spokojnie - teraz mnie posłuchaj, zapewne chcesz wiedzieć, o czym rozmawialiśmy tak długo, więc cię oświecę - zrobił lekką pauzę. - o tobie Granger, zaskoczyłem cię nieprawdaż ? nie odpowiadaj - dodał czym prędzej, a dziewczyna słuchała w skupieniu -  Wyszła na jaw pewna sprawa... o tuż Granger, nie mogę cię już nazywać Granger. - Hermiona nie mogła się powstrzymać.
- dlaczego? zakazano panu zwracać się do mnie po nazwisku i wreszcie zacznie pan nazywać mnie po imieniu ? - zapytała. Ona na serio tak uważała ?? Salazarze chyba będzie gorzej niz myślał....
- Nie Granger, nie mogę  cię tak nazywać bo to nie jest twoje prawdziwe nazwisko.
- Jak to nie jest,.,.. - dziewczynę zatkało.
- czyżbym cię oświecił i wreszcie nabrałaś rozumu ? - zapytał. - tak, to nie jest już twoje nazwisko i tak na prawdę, kiedy ono było ? nie ważne Grang... Riddle. - nie wiedział jak jej to powiedzieć w inny sposób, więc zrobił to w lekkim podstępie.
- dlaczego nazwał mnie pan nazwiskiem tego pieprzonego dupka ?!? - ryknęła, w czym mogła nawet dorównać samemu Mistrzowi Eliksirów.
- spokojnie Riddle, nie wiem czy twój ojciec byłby zadowolony takim słownictwem na jego temat...
- Ojciec ?!?!? pan sobie chyba żartuje... - dziewczynie nie mieściło sie to  wszystko w głowie. Severus podszedł do niej i w między czasie wyjął z szaty skrawek pergaminu i podał go Riddle. Dziewczyna nie chętnie wzięła tez zwitek i przeczytała. Po przeczytaniu całego listu wpatrywała się tępo w podłogę. Severus zadbał o to, żeby wstawka o ich ślubie i dzieciach nie była dla niej widoczna więc nie miał czym się na razie martwić.

poniedziałek, 5 maja 2014

zmiany !

Nie wiem czy zdążyliście zauważyć, ale ja KOCHAM zmiany! <3
dlatego od teraz, po waszej (i mojej) prawe stronie zamieściłam ankietę na temat mojego bloga. :-)
czy wam się podoba, czy nie. NAPRAWDĘ, proszę was, zostawiajcie po sobie jakiś ślad! :'(
chciałabym wiedzieć, czy podoba wam się mój blog.... a więc, możecie ocenić mojego bloga w ankiecie, ale to nie była jedyna zmiana. :-D
zmiana nastąpiła również w..... KURSORZE ! <3  na kursor pewnie jak zauważyliście ustawiłam naszego kochanego Severusa z dość kwaśną miną. :-D (szam szeks *o* ) ale jeśli macie jakieś pomysły na kursor na stronkę, napiszcie tutaj w komentarzu, bądź w sowiarni (zakładki ---> na górze strony pod obrazkiem z nazwa bloga ----> sowiarnia - czyli pytania do mnie) JESTEM CHĘTNA NA ZMIANY! :-D

niedziela, 4 maja 2014

Rozdział osiemnasty.

Kochani! Mam nadzieje, że czytając ten rozdział nie będzie wiele pomyłek i literówek ponieważ pisalam to Na telefonie i wiecie te głupie słowniki.  ;-; no ale nic. Spróbuję częściej znajdować dla was czas żebyście nie musieli tyle czekać na następne rozdziałyMiłego czytania i zachęcam do komentowania !! ;-)

Gryfoni siedzieli w kółku juz od kilku godzin. Wszystkich zaciekawienie zżerało od środka ale po tak długim upływie czasu byli zmęczeni i nie mieli nawet siły żeby śmiać się z rozmowy, którą prowadzili blizniacy.
- mój kochany braciszku - powiedział z uśmieszkiem Fred. - ja wiem, że mieliśmy dobre intencje co do Rona,  ale on nie ma szans na zdobycie jakiejś dziewczyny! - tylko blizniacy się roześmieli.  Hermiona, Harry i Ginny przyglądali się czerwonemu juz jak burak Ronowi. Najmłodsza gryfonka Siedziała jak na skazaniu,  ponieważ tu przecież chodziło o jej brata....choć jednak blizniacy mają rację co do dziewczyny dla Rudzielca.  Ginny nie wie, w jaki sposób Hermiona wytrzymała z nim te.... ile to było lat ? Chyba dwa.... no właśnie,  to był taki związek,  że Ron zdradzał ją z każdą napotkaną dziewczyną,  która miała coś w biustonoszu i zero Rozumu, a Miona siedziała nad książkami i udawała, że tego nie widzi. Pewnego dnia, Hermiona na kryła chłopaka jak obmacywał się razem z Lavender na jego biurku w pokoju Gryfonów i rozpłakana pobiegła do pobliskiej toalety. Gdy Ruda się o tym dowiedziała, co zrobił jej kochany braciszek i nawet za nią nie pobiegł!  I on śmie nazywać się Weasley. ... Nawet Fred z George ' em zachowują się po męsku.  Gryfonka pobiegła do Miony i zastała ja zaskakująco spokojną. ...
-Mionka ... ? - dziewczyna stała przed lustrem i poprawiała makijaż.  Miała już ułożone ładnie włosy w wysokiego rozwalajacego się koczka, a po lewym policzku spływało cieniutkie pasmo grzywki. Wyglądała bardzo ładnie jak po takiej sytuacji. Dziewczyna odwróciła się do Rudej i spojrzała jej prosto w oczy. W jej oczach można było wyczytać dosłownie wszystko co czuła.  Nie była zrozpaczona,  co to to nie. Hermiona nie była typem również zaplakanej lalki lecz bardzo często pokazywała pazurki. Niewiele osób wiedziało tak wiele na jej temat jak Ginny.
- O ... cześć Ruda. Czy coś się stało ? - spytała sztucznym tonem orzechowooka. Wspaniałe wiesz co się stało,  pomyślała gryfonka. 
- słyszałam co zrobił Ronald....
- ach to... to było tylko nieporozumienie.  No wiesz, nasz związek.  - Ginny bardzo spodobała się taka reakcja przyjaciółki. 
- och!  To baardzo dobrze, że to tak przyjęłaś
- a jak miałam to przyjąć ? - przerwała jej Hermiona. - przecież jak to mówią mugole : "oko za oko, ząb za ząb". - powiedziała szyderczo i na jej ustach od razu wpełzł niewinny uśmieszek. Ginny już dostatecznie długo znała dziewczynę i wiedziała,  po prostu wiedziała, że Miona coś knuje.
Dwa dni później zastała swojego kochanego braciszka w ich wspólnej sypialni z zielonymi włosami.  Oooj!  Tym razem Hermiona się postarala.  Pomyślała wtedy Ginny.  Teraz, to już się jej wcale nie dziwi tego, że się go brzydziła i... no każda szanująca się dziewczyna brzydzi Się Rona. Gdy chłopakowi zeszła juz troszeczkę burakowość  z twarzy wreszcie zabrał głos w tej sprawie. 
- możecie dać mi już spokój z tymi dziewczynami dla mnie !? Sam potrafię o siebie zadbać ! - krzyknął tak, że Harry emu zachciało się śmiać z tej sytuacji.
- nasz kochany braciszku. .. - zaczął Fred.
- no chyba dla ciebie to on jest kochany bo dla mnie nie ! - dodał George. Hermiona wreszcie dała jakieś oznaki życia.
- nie ważne. .. braciszku, może być George ? - spytał się z powagą bliźniak.
- niech mu już będzie. ..
- a więc braciszku, my nie. ...
- a może lepiej mów na niego Gnom.  No bo braciszek tak mu jakoś nie pasuje.... - wtrącił się znowu brat.
- dobrze Już dobrze!  Nasz gnomie,  my nie  chcemy po prostu żebyś wylądował przed ołtarzem z taką Brown!  Hermiona ma ciebie juz w głębokim poważaniu,  inne dziewczyny  cie nie chcą,  a własnej matki nie poślubisz.... chyba, że. ..
- chyba, że Ginny cie przygarnie wraz ze swoim przyszłym chłopakiem. . - dokończył za brata George. 
-po moim Trupie ! prędzej przygarnę i wychowam prawdziwego gnoma na prawdziwego mężczyznę niż go wezmę ! - całe pomieszczenie wypełniło się pierzym piórem. Ron nie wiedział z kim zaczął walkę na poduszki ale po chwili nie miał już żadnych szans ze swoją siostrą.

Kochani !

Zapewne wiecie już i zauważyliście, że bardzo rzadko wstawiam nowe rozdziały wiec postanowiłam zainstalować sobie na telefonie blogger a aby pisać nowe rozdziały na każdym kroku. ;-)
NAPRAWDĘ  NIE CHCIAŁAM was zaniedbac ale takie czasy.  Jeszcze raz przepraszam i obiecuje się poprawić. 

PIĘKNE, piękne i jeszcze raz piękne

wiem, że to nie na temat (a może jednak kogoś zainteresuje) ale nie mogłam się powstrzymać. :-3
wrzucam wam filmiki z YT, które inspirują mnie na każdym kroku do pisania tego bloga. ;-)
na początek najlepsze :
To jest historia Severusa i Hermiony, w której zakochałam się od pierwszej nuty ( jedna z moich ulubionych piosenek) i od pierwszych sekund filmiku. <3

następnie : coś innego, ponieważ również Sevmione, ale tamto jest bardziej,.,. uczuciowe. ;-D




.




To sevmione jest ZAJEBISTE ! :-D końcówka, i scena z Sevem i Hermioną mnie po prostu rozwala. xD możliwe, że pojawi się taka bądź podobna scena w moim blogu. ;-D ale to już potem... (ciiiii...)

Rozdział Siedemnasty.

wiem, wiem i jeszcze raz przepraszam! :'( zaniedbałam was, ale nie miałam czasu, musiałam czytać te wszystkie niesamowite opowiadania na konkurs, lecz macie rację, więc wstawiam wyczekiwany następny rozdział mojego opowiadania! :-) wiem, że nie jest za długi, ale postaram się pisać dłuższe.
Miłego czytania i ZACHĘCAM DO KOMENTOWANIA! ;-)







Wszyscy siedzieli w osłupieniu, jak to możliwe?!
- Hermiona córką Voldemorta?! – wypowiedziała się pierwsza Tonks. W tym momencie jej włosy były krwisto czerwone, lecz z każdą chwilą zmieniały kolor na szarawo- brudnawy. – Nasza Mionka, delikatna, grzeczna i niepowtarzalnie mądra jest córką tego.. tego… potwora!
- wiesz Nimfadoro,..
- nie mów na mnie NIMFADORA! – wtrąciła się Remusowi w słowo.
- dobrze, dobrze Nimf.. Tonks, jak już mówiłem, kiedyś myślałem o takim…. Przebiegu wydarzeń, ale myślałem, że jest to banalne i niemożliwe! – powiedział Lupin. – musimy jej to jak najszybciej powiedzieć.
- Nie! Tylko nie to, ona nie może się o tym dowiedzieć! – wtrąciła się Molly. – jest za… delikatna, ona tego nie wytrzyma!
- Molly, - zaczął Artur – musimy jej to powiedzieć.
- Pani Weasley, chce pani okłamywać Hermionę, myśli pani, że ona by tego chciała? – zaszedł ją Syriusz. Mężczyzna przez cały czas, gdy Snape czytał list od Voldemorta, przyglądał się tępo w ogień palący się w kominku. Molly przez chwilę rozmyślała nad odpowiedzią, a potem rzuciła rękoma w dezaprobacie, ale wyrażając zgodę.
- Dobrze już dobrze, ale ja tego jej nie powiem…. – powiedziała siadając spokojnie na kanapę obok męża.
- mam pomysł – zaczął ze złowieszczym uśmiechem Syriusz – skoro to Smarkerus dowiedział się o tym liście pierwszy to niech o powie o tym Hermionie!
- Black – powiedział z wstrętem Snape – nadal nie przeszły ci przezwiska z dziecięcych lat? A może jeszcze nie wydoroślałeś, co? Chyba Potter ma to po tobie…
- nie obrażaj Harry’ ego Snape! Ostrzegam cię, bo jak nie…
- nie zachowujcie się jak dzieci! – wtrącił się Lupin – jak zawsze…. Ludzie, nie możecie zachowywać się jak dorośli ?? bez wyzwisk nawet w tak poważnej sytuacji ?! – Remusa troszeczkę poniosło.
- dobrze Lupin, ale to Snape, więc jak ja mam się zachowywać ?! ON ZABIŁ  tylu ludzi!!
- Syriuszu, trochę przesadzasz. Wszyscy wiemy, że teraz Snape jest po naszej stronie i…
- no właśnie Minerwo, TERAZ! A wcześniej ?! – Syriusz tracił już nad sobą kontrolę…
- spokojnie chłopcy, już się uspokójcie. Syriuszu, Severusie usiądźcie…. – próbowała uspokoić ich Molly. Czarodzieje po krótkiej lecz stanowczej namowie usiedli i włączyli się do konwersacji co zrobić z tym fantem.
- no więc tak, Voldemort żyje, Hermiona jest jego córką, czyli, że nie jest tak naprawdę Granger, tylko Riddle, jej rodzice nie są jej prawdziwymi rodzicami, bo jej matka zmarła, a ojciec był, jest czarnoksiężnikiem, którego ona przez całe życie nienawidziła…. To jest tylko troszeczkę zagmatwane. – powiedziała Tonks ze zdenerwowaniem – i co ? jak my mamy jej to powiedzieć ??
- no nie wiem Tonks, może coś w stylu „ Hermiono twoi rodzice nie są twoimi rodzicami, a największy dupek jakiego poznałaś w swoim życiu jest twoim ojcem” ?? dobrze brzmi, co nie ? – powiedział z poważną miną Syriusz.
- nie… przecież ona poznała jeszcze ciebie Syriuszu, więc to nie jest całkowicie prawda. – dodała z przekąsem Dora.
- Ha ha ha. Śmieszne! – uśmiechnął się krzywo Snape. – dość już tego dobrego, trzeba przemyśleć kto jej to powie…
- skoro jesteś taki chętny, i to TY dostałeś ten list, to czemu jej tego nie powiesz, hę ? – rzucił Black.
- przestań Łapo, przecież on nie da rady! – zaśmiał się Moody. Severus poczuł się urażony, kiedy cała kuchnia pełna ludzi zaniosła się śmiechem. Nie da tak sobą pomiatać! Co to to nie! On już im pokaże…!
- Zrobię to. – powiedział, lecz nikt tego nie dosłyszał.
- Słyszycie !? ZROBIĘ TO !!  - cała sala umilkła w mgnieniu oka.

NOMINACJA !

Kochani, to nie jest ani opowiadanie konkursowe ani kolejny rozdział, choć wiem że dawno żadnego nie było. :-( i za to przepraszam z całego serca ale postaram się dokończyć następny rozdział jak najszybciej. ;-) Jednak wracając do tematu to zostałam nominowana do Liebster Blog Award przez
Nimfadora „Dora” Riddl -Tonks- za co dozgonnie dziękuję bo nawet o takim zaszczycie nie marzyłam ! <3
a teraz czas na pytanie, które dostałam. Ekcheem.... :




1. Dlaczego na swoim blogu postanowiłeś/iłaś opisać właśnie taką historie?
Może dlatego, że pokochałam Sevmione od pierwszego zdania opowiadania mojej koleżanki! <3 zainspirowało mnie to do napisanie własnego bloga z nieco inną sytuacją Hermiony. ;-D
2.  Czy twoja rodzina wie o tym że prowadzisz bloga?
Najpierw był to blog pt.: " Hogwart - szczęśliwe czasy po wojnie" i o tym blogu mama wiedziała jak najbardziej, baa! czytała moje pierwsze rozdziały, lecz jak zmieniłam temat bloga to nie przeczytała już żadnego rozdziału. ;-D
3. Ile miałeś/miałaś lat gdy przeczytałeś/ałaś pierwszą część HP?
Moja Historia z HP zaczęła się w dobrym momencie, ponieważ mieliśmy przeczytać 1 część jako lekturę w 4 klasie i strasznie nie chciałam jej czytać! (jak ja tak mogłam?!) ale jak juz zaczęłam, to w 7 dni przeczytałam wszystkie części. ;-D
4. Czym był by twój bogin?
sądzę, że albo śmiercią moich ukochanych postaci książkowych, albo pustą biblioteką. ;-D
5.  Gwardia Dumbledora czy Brygada Inkwizycyjna?
Trudno powiedziec, ponieważ jestem raczej za śmierciojadkami niż Brygadą, ale jeśli mam tylko te do wyboru, to Gwardia Dumbledore'a ze względu na bliźniaków. ;-3
6. Do jakiego domu w Hogwarcie chciał/chciała byś należeć?
"CHCIAŁABYM?!" ja już należę do domu węża. ;-3
7. Gdybyś mógł/mogła ożywić  dwie poległe postacie z HP które by to były?
Oczywiście Severus i może Lupin, albo Syriusz.... nie! cofam to! ożywiłabym Freda. ;'(
8.  Czy twoi przyjaciele również piszą bloga?
Nie znam nikogo na żywo kto pisze jakiegoś bloga Potterowskiego... czekaj! już wiem! mój kolega bo nie nazwałabym go przyjacielem pisze bloga, w którym bierze jakieś niewypały potterowskie i dopisuje co jakiś czas swoje śmieszne wtrącenia. ;-D
9.  Twój ulubiony nauczyciel OPCM?
MOODY!! <3
10. Czy zaraz po napisaniu rozdziału dodajesz go na bloga?
Tak, jeśli mi się uda, ale najczęściej tak. ;-)
11.  Czy możesz o sobie powiedzieć Poterhead?
z ręką na sercu mogę powiedzieć że JESTEM POTTERHEAD I JESTEM Z TEGO DUMNA! <3
Jak na razie nie mam pomysłu na nominacje, więc wstawię je w odrębnym poście. ;-D

opowiadanie konkursowe - Drarry.

Jak już wam wcześniej wspominałam, opowiadania na konkurs miały być różnej maści, więc nadszedł czas na Drarry ! :-D opowiadanie nadesłane przez Martę Klęk ze Slytherinu. ;-)
miłego czytania i zachęcam do oceniania w skali od 0 do 10. ;-3



Wróciłam do pokoju wspólnego ,ledwo weszłam a na sofie zauważyłam mojego brata, nikogo oprócz nas tam nie było. I to wydawało mi się dziwne. Po za tym wiedziałam ,że kiedyś będę musiała z nim porozmawiać, tylko miałam nadzieję ,że to będzie trochę potem.
-Roza...
-Gdzie wszystkich wywiało?-spytałam zanim zdążył dokończyć. Miałam chłodny wyraz twarzy, którego nigdy wcześniej nie używałam w rozmowie z bratem. Serce mnie bolało ,dlatego że w jego zdziwieniu krył się ból a może i strach ,że go przejrzałam? Ale jak mam traktować kogoś kto zdradził swoją rodzinę i czystą krew. Ciekawe czy on wie ,że Czarny Pan za niedługo powróci (wiem o tym bo tata napisał mi w liście ,że znak go piecze), czy ma chociaż najmniejsze pojęcie co z nim zrobi jeśli to ech jego romansidło wyjdzie na jaw, czy chociaż przez chwilę pomyślał ,że okryje nas wszystkich hańbą? Jasne ,że nie...myślenie a zwłaszcza rozważne myślenie nigdy nie było mocną stroną Dracona...I o to rezultaty jego mądrości.
-Roza czy mogłabyś iść ze mną do biblioteki?-spytał wstając. No chyba go pogrzało. Co ja ta szlama Granger by siedzieć w bibliotece?! Spojrzałam na niego unosząc brew.
-Dracon coś mi się wydaję, że jak tam z tobą pójdę to rzucę Avadę na pierwszą lepszą osobę.-ostrzegłam go.
-To może ci się faktycznie nie spodobać,ale proszę pójdź tam dla mnie siostra...-
-Ygr no dobra-warknęłam idąc z nim do tej zakichanej biblioteki. To nie do wiary, od wieków zna idee tą ,którą rodzice głoszą nam od lat, a on całkowicie pozbywa się sprytu i ambicji węża...Merlinie, błagam niech ktoś powie ,że on jest pod działaniem Imperiusa...Coś wydawało mi się ,że muszę mu przypomnieć o tym by na nowo znalazł siebie. W całkowitej ciszy szłam obok niego do biblioteki, prowadził mnie wśród różnych zakurzonych działów, od czasu spotykałam ciekawskie spojrzenia krukonów. W końcu biblioteka jest ich naturalnym środowiskiem. Doprowadził mnie do najbardziej oddalonego stolika, gdzie siedział już Bliznowaty i Rudy. Prychnęłam ze złością, gdy Potter odważył się do mnie uśmiechnąć. Usiadłam obok Draco. Spiorunowałam wzrokiem dłonie Dracona i Pottera gdy się tylko dotknęły. Wyobrażałam sobie w tym momencie ,że rzucam na bliznowatego cruciatusa, a potem imperiusa i rozkazuje mu się utopić. To było by piękne, chociaż mogłabym przed tym rzucić na niego sectrumsepre. Nie muszę chyba po raz kolejny mówić ,że serdecznie go nienawidzę.
-Ekhm więc tak Roza....ja i Harry jesteśmy razem od 4 miesięcy.-powiedział Draco, zachowałam kamienną twarz. Wiedziałam ,że są razem...chwila czy on powiedział od 4 miesięcy?!!!
-Chyba nie oczekujesz, że ja go w jakikolwiek sposób zaakceptuje?-odparłam patrząc z pod łba na gryfonów. Spojrzałam na brata.
-Roza, czyli się nie wściekasz?
-Tego nie powiedziałam.-odparłam zarzucając włosy do tyłu -Teraz najbardziej pragnę by Czarny Pan powrócił i w końcu go ukatrupił, albo jak nie to marzę by własnoręcznie go zabić.-dodałam przesłodzonym tonem celując różdżką w Wybrańca.
-Rozalie...
-Draco czy ty nie rozumiesz ,że szlamy syn nigdy nie będzie jednym z nas?!-podniosłam głos
Rudzielec wycelował różdżkę we mnie i zwrócił się do Pottera.
-No błagam cię Haarry, serio Malfoy? Naprawdę?!
-Ani się waż celować w moją siostrę!-Draco wycelował w Rudego
-Draco, Ron...proszę nie!-pisnął jak dziewczyna. Mało nie wybuchłam śmiechem. Ten pisk mnie rozwalił. Uniosłam ironicznie kąciki ust, myślałam o tym by rzucić jakąś kąśliwą uwagę na ten temat. Nie opuściłam różdżki, z otwartą wrogością powiedziałam do wybrańca dotykając jego krtani różdżką
-Słuchaj Bliznowaty, z jakiegoś nie zrozumiałego powodu mój brat się w tobie zakochał ,tak? Więc jeśli chcesz jeszcze trochę pożyć dobrze radzę ci nie spieprz tego.- opuściłam różdżkę na nowo siadając.
-Dzięki, chyba.-podrapał się w tył głowy.
-Nie dziękuj, bo naprawdę nie masz za co.-odparłam patrząc na mojego bliźniaka -Dobra Draco już się uspokoiłam co wcale nie oznacza ,że nie sądzę ,że hańbisz nasz rodzinny honor...ale spoko twoje życie...a teraz gadać jak do tego tak w ogóle doszło.-dodałam zaciskając pod stołem pięści. Uspokoiłam się wyłącznie tylko ,dlatego żeby zmylić Pottera i rudzielca. Jeszcze nie przyszedł czas by spotkał się z rodzicami. Udawałam ,że mnie serio interesuję jak mój brat postanowił zdradzić nasze ideały. To zaskakujące jak łatwo było ich zwieść do tego stopnia ,że aż przestali nazywać mnie blond francą...Merlinie jeśli to się rozniesie ,że udawałam miłą do gryfonów to ja będę skończona...

opowiadanie konkursowe - Voldtrix.

Wreszcie! :-D wreszcie coś, co mnie zaskoczyło, a nie tylko Dramione i tak dalej. -,-" pracę nadesłała uczennica Slytherinu Domka Dorka S. :-) miłego czytania i zachęcam do oceniania prac w komentarzach w skali od 0 do 10. :-3




Miłość, nadzieja, prawda to tylko czynniki które prowadza do rozpaczy

Mała, czarnowłosa dziewczynka pchana ciekawością weszła do gabinetu w którym jej matka, często przesiadywała nocami. Nie bała się, że ktoś ją przyłapie, jej ojciec pochłonięty różnymi papierami z pracy nie zwracał na nią uwagi. Matka zaś była w Ministerstwie Magii, załatwiała ważne rzeczy. Elizabeth nie wiedziała jakie ale skoro jej matka zostawiła ją ze swoim mężem to musiało być to coś naprawdę ważnego. Bellatrix unikała jak ognia Rudolfa i starała się nie zostawiać z nim ich córki.
Gabinet pani Lestrange był małym kwadratowym pokoikiem z kilkoma regałami na książki, drewnianym biurkiem i krzesłem. Ściany były bordowe a podłoga wykonana z ciemnego drewna. Na biurku stały trzy zdjęcia. Jedno z nich przedstawiało mężczyznę o ciemnych brązowych włosach i czekoladowych oczach siedzącego na ławce w parku. Na jego kolanach siedziała znacznie młodsza od niego dziewczyna o czarnych lokach w wyzywającej, krótkiej czarnej sukience z koronkowymi wykończeniami. Wyglądali na zakochanych.
Drugie zdjęcie przedstawiało Elizabeth zaraz po urodzeniu na rękach swojej matki. Trzecie i zarazem ostatnie zdjęcie ku zdziwieniu Elizabeth przedstawiało trzy nastolatki. Jedną z pewnością najmłodszą o blond włosach i dwie o czarnych lokach. Jedna z nich dziewczyna o czarnych lokach w niebieskiej sukni do kolan stała obrażona pod drzewem podczas gdy pozostałe dwie leżały na trawie i uśmiechały się promiennie do aparatu co kilka sekund zmieniając pozycje. Dziewczynka rozpoznała w jednej z nich pannę z pierwszego zdjęcia. Było to jedyne magiczne zdjęcie w pomieszczeniu. Siedmiolatka myślała, że to zdjęcie będzie przedstawiało ślub jej rodziców a tymczasem nawet nie poznawała osób na zdjęciu.
Na drewnianym meblu leżało jeszcze pióra i atrament oraz zeszyt. Dziecko wiedząc że źle postępuje wzięło notatnik do rąk i przeczytało napis na stronie tytułowej.

Dziennik łamiący wszelkie ustanowione prawa.
Bellatrix Black

Przerzuciła na następną stronę zobaczyła dokładnie to samo zdjęcie trzech nastolatek, które przed chwilą oglądała. Kilka kolejnych stron było pustych. W połowie zeszytu natrafiła na opowiadanie. Zaczęła czytać:
Londyn 31 października1981
Nie, w 1981 zostało to spisane,
prawdziwa data nie jest
do końca znana/zapamiętana

Nieuzasadniona miłość

Ciemna, zakapturzona postać podążała mrocznym korytarzem wprost przed siebie z wysoko zadartą głową, zasłanianą przez czarny kaptur.
Voldemort – wielu drżało gdy usłyszało to nazwisko, ona nie. Wymawiała je często i bez najmniejszych oznak strachu czy zakłopotania. Nie bała się jego posiadacza wiedziała że on i tak nic jej nie zrobi.
Od kilku miesięcy młoda kobieta z powodzeniem unikała rodziny. Wiedziała jednak że nie może odwlekać tego co nieuniknione. Kiedyś będzie musiała stawić temu czoła. Ale jeszcze nie teraz. Teraz nie była gotowa. Potrzebowała więcej czasu na oswojenie się z tą myślą. Jednak jej czas się skończył. Jej życie było już przesądzone, a to co ona teraz wyprawiała nie miało najmniejszego znaczenia.
Tak więc próbując uciec od problemów popadła w aż za dobre relację z pewnym mężczyzną, pogorszyła tym samym stosunki ze swoim przyszłym mężem i całą rodziną. Doprowadziło to do obecnego stanu kobiety.
Blada i z dnia na dzień coraz chudsza z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi i ciężko opadającymi brwiami z długim, wachlarzem, czarnych rzęs. Wyglądała jak chodzący trup. Jej ciemne loki były jedynymi żywymi częściami jej ciała. Nawet zazwyczaj pełne pogardy, czarne oczy nie okazywały najmniejszych oznak życia. Miała rozszarpaną psychikę przez co cierpiała jej kondycja fizyczna. Prawie nie jadła, piła tylko ciemną, mocną kawę. Odzywała się do niewielkiej grupki osób i to też nie zbyt często. Jej różdżka od pięciu miesięcy nikogo nie torturowała, ani nawet nie zabiła. Znające ją osoby bały się o nią i zastanawiały czy długo jeszcze będzie mogła tak funkcjonować. Oni nie znali jednak całej prawdy. Słyszeli tylko i wyłącznie jakieś plotki. Ludzie mówili, że zwariowała, że nie daje sobie rady z byciem śmierciożercą. Bellatrix tylko śmiała się z tych plotek w duchu. Przyczyna była prosta i banalna, to była miłość, ale nie byle jaka. Miłość, która nie ma prawa skończyć się happy endem. Miłość, która nie miała prawa zasiać się a tym bardziej zakwitnąć.
To właśnie miłość i jej ciekawska rodzina doprowadziły ją do skrajnego wyczerpania psychicznego i fizycznego.
Dzisiaj szła się pożegnać z miłością swojego życia bowiem nigdy więcej nie miała go pocałować.
I pomyśleć że cała historia zaczęła się kiedy Bellatrix miała zaledwie szesnaście lat.



Szesnastoletnia Bellatrix Black stała pod drzwiami kuchennymi domu przy ulicy Grimland Place 12 nasłuchując głosów dobiegających z pomieszczenia.
Była bardzo ciekawa przebiegu rozmowy jej ojca z Czarnym Panem. Rzadko bowiem w tym domu pojawiał się ktoś tak ważny. Jej ojciec był w prawdzie Ministrem Magii ale wszelkie sprawy służbowe załatwiał w urzędowym gmachu.
    - Cygnusie – usłyszała nagle pełen jadu, zimny głos – pamiętasz chyba naszą umowę.
    - Oczywiście, pamiętam – głos jej ojca zarżał ledwo słyszalnie.
    - Więc dlaczego nadal nie zgadzasz się na wstąpienie w moje szeregi? - lodowaty głos przeszył ciało panny Black, jak by w jej stronę zostały skierowane te słowa.
    - Ja.. panie ja – pan Black zaczął się jąkać w swojej wypowiedzi, jak człowiek, który ma do wyboru śmierć swoją bądź bliskiej sercu osoby. Należy dodać jeszcze że człowiek ten nie jest zbyt skory do poświęceń.
    - Nie obchodzi mnie co masz do powiedzenia – zasyczał gość – masz wywiązać się z umowy. - ostre, zimne słowa powodujące zawroty głowy, nikt nie był by w stanie teraz myśleć logicznie.
    - Ta... - przybysz nie dał skończyć właścicielowi domu.
    - Albo nie... z niej będzie więcej pożytku... - na chwile nastała pełna niepokoju cisza – Bello choć tutaj, przecież nie ładnie jest podsłuchiwać.
Drzwi otworzyły się a oczom panny Black ukazała się przestronna kuchnia. Na środku stał duży stół a ściany obstawiały rozmaite szafki projektowane przez największych Francuskich i Włoskich projektantów XV w kiedy to budynek przechodził największą renowacje w jego historii. Uchwyty w kształcie węży i zielone ściany, ciemnobrązowe deski dębu jako podłoga i dwaj mężczyźni. Obaj bladzi jak trupy. Jeden ze strachu, a drugi z karnacji. Byli równi wzrostem, obaj mieli na sobie identyczne eleganckie czarne szaty. Oboje byli olśniewająco przystojni. Pan Black posiadał czarne loki i tego samego koloru oczy a jego gość brązowe gładko ułożone proste włosy i pełne najwyższej pogardy oczy. Obaj mężczyźni wpatrywali się w nastolatkę. Jej ojciec z przerażeniem. Jego gość pożądliwie, ilustrował ją wzrokiem, najdłużej przyglądał się jej dużym piersiom co nie podobało się dziewczynie a tym bardziej jej ojcu.
    - A co jeśli się zgodzę? - zapytał nagle Cygnus, chyba chcąc sprawić aby TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ przestał rozbierać wzrokiem jego córkę. Niestety bez powodzenia. Brązowo włosy dalej czujnie obserwował najstarszą córkę państwa Blacków nie okazując nawet najmniejszego zainteresowania słowami Ministra. Dziewczyna przywarła do drzwi i oddychała miarowo, z niecierpliwością czekając na dalszy rozwój sytuacji.
    - Nic się nie stanie – powiedział brązowooki bez entuzjazmu.
    - Jak to? - Cygnus nie krył zdziwienia i frustracji.
    - Nie dotrzymałeś umowy – białoskóry uśmiechną się pogardliwie, wycelował różdżką w Bellatrix i od niechcenia wypowiedział zaklęcie – Morsmorte.
Nastolatka poczuła palący ból lewego przedramienia. Nie krzyknęła jednak ani nie upadła na podłogę. Zacisnęła mocno zęby i pięści starając się nie wydać najmniejszego dźwięku. Do jej oczu napłynęły łzy bólu jednak zatamowała je tak jak umiała. Teraz miała tylko szkliste oczy,
Voldemort patrzył się na nią z podziwem a Cygnus z niepokojem. W końcu ból ustał a ona z wyczerpania osunęła się na podłogę i zemdlała.

Gdy się obudziła nie była już w domu przy Grimlaund Place. Nie była też w Św. Mungu, żadne znajome miejsce nie przychodziło jej do głowy.
    - Gdzie ja jestem? - wychrypiała ledwo słyszalnie. Nie usłyszała jednak żadnej odpowiedzi.
Rozejrzała się. Znajdowała się w pomieszczeniu pogrążonym w półmroku. Leżała na bordowej gotyckiej kanapie naprzeciwko kominka w którym smętnie podskakiwały płomienie. W całym wielkim pomieszczeniu znajdowało się dwoje drzwi. Jedne drewniane i z pewnością ciężkie drugie wykonane zostały z ciemnego szkła. Z pewnością prowadziły na balkon. Na ścianie z ciemnymi drzwiami było jeszcze kilka ciemnych okien przez które nie wpadało światło. Pozostałe ściany przykryte zostały przez ciemne regały uginające się pod ciężarem książek. Na podłodze leżały czerwone dywany. Cztery stopy od dziewczyny stał mały, pusty, drewniany stolik.
Bellatrix zaczęła się zastanawiać po co ktoś się fatygował i przeniósł ją do tego pomieszczenia. Nagle przypomniała sobie pożądliwy wzrok Czarnego pana i zaczęła dogłębnie oglądać swoje ciało w poszukiwaniu jakich kol wiek oznak bezprawia zastosowanego na jej ciele. Nie natrafiła jednak na żadne ślady przemocy. Jej wzrok przykuł jednak tatuaż na jej lewym przedramieniu. Przedstawiał on czaszkę z rozwartymi ustami. Z rozwartych warg wysuwał się jak by język, nie był to jednak zwyczajny język, wyglądał jak wąż. Po kilku minutach Bella uświadomiła sobie, że to naprawdę jest wąż. Pomyślała że dziwne znamię musiało powstać kiedy SAMI-WIECIE-KTO rzucił na nią ten dziwny, nieznany jej czar. Z pewnością sam Voldemort wymyślił to zaklęcie, do naznaczania swoich zwolenników... albo raczej niewolników. Postanowiła dotknąć znaku, sprawdzić co się stanie. Jej palce dzielił już tylko cal od skóry gdy drzwi nagle się otworzyły a do środka wszedł mężczyzna. Był to osobnik wysoki, dobrze zbudowany, z pewnością około czterdziestki. Miał brązowe włosy gdzie nie gdzie poprzetykane siwizną, błyszczącą w świetle kominka.
    - Nie dotykaj tego wariatko! - krzykną na przywitanie a Bella błyskawicznie odsunęła rękę od ręki i podciągnęła kolana pod brodę.
Spojrzała się z przerażeniem na jegomościa i kurczowo owinęła ręce wokół nóg jak by to miało zapewnić jej bezpieczeństwo. Śmierciożerca (którym z pewnością był ów facet) wyciągną różdżkę i zapalił wszystkie światła w pomieszczeniu. Teraz ślizgonka mogła mu się uważnie przyjrzeć. Ubrany był w zwykłą czarną szatę z butami pod kolor. Miał szare oczy i twarz przywodzącą na myśl profesor McGonagal. Srogi wyraz, wąskie wargi. U nauczycielki transmutacji wyglądało to niemal ładnie, temu mężczyźnie jednak taki wygląd twarzy zupełnie nie pasował do umięśnionej postury. Trzeba by było być wariatem aby nazwać go ładnym, a co dopiero przystojnym.

    - Gdzie ja jestem? - zapytała, nie spodziewając się że usłyszy odpowiedź.
    - W siedzibie śmierciożerców – odpowiedział szorstkim pozbawionym uczuć głosem.
Zmienił wyraz twarzy na zaciekawiony, w ułamku sekundy przestał przypominać wi-ce dyrektorkę Hogwartu. Przyjrzał się córce Ministra, również tak jak jego szef zawiesił wzrok na jej biuście.
    - Proszę się tak nie gapić – warknęła sfrustrowana.
    - Niby czemu? Nie masz różdżki, jesteś znacznie słabsza. Nie masz szans w starciu ze mną – czarnowłosa dopiero teraz uświadomiła sobie, że rozmawia z człowiekiem kompletnie pijanym, a co najgorsze ten człowiek miał racje. Nie miała różdżki, była bezbronna. Ogarnęła ją panika, ten człowiek mógł zrobić z nią co tylko chciał a ona nie mogła w żaden sposób mu w tym przeszkodzić.
Patrzyła na swoje kolana rozmyślając gorączkowo. Mężczyzna w tym czasie usiadł obok niej na kanapie i stopniowo się do niej przybliżał. Nie wiedziała do czego jest zdolny pijany śmierciożerca. Wiedziała jednak, że jest w wielkim niebezpieczeństwie.
Szarooki zbliżył się do niej już na tyle, że czuła jego nierówny oddech na swoim karku. Nie miała zamiaru tak stracić dziewictwa. Nie z takim starym zboczeńcem. Nie w taki sposób. Nie w tym miejscu. Nie z nim. Po prostu nie teraz! Wiedziała jednak, że mężczyzna jest nieobliczalny i w starciu przeciwko niemu nie ma najmniejszych szans. Zgwałci ją bez najmniejszych skrupuł. Pewnie będzie się jeszcze z tego śmiał i chwalił kolega jak to poniżył pierworodną córkę „wielkiego Blacka”.
Przejechał szorstkimi palcami po jej podbródku, złapał go i kazał spojrzeć sobie w oczy. Miał w nich wymalowane pożądanie. Bellarix jeszcze nigdy nie widziała tak zachłannego spojrzenia. Zamknęła oczy. Oczekiwała najgorszego, jednak nic się nie wydarzyło. Lew przedramię zapiekło ją tak że aż otworzyła oczy. Spojrzała na mężczyznę on też zaciskał kurczowo prawą rękę na lewym nadgarstku. Siedział tak przez chwile po czym wyszedł zostawiając otwarte drzwi.
Reakcja dziewczyny była natychmiastowa, wstała, wyszła i zaczęła śledzić mężczyznę. Podążając za nim długim korytarzem aż dotarli do mosiężnych drzwi. Śmierciożerca wszedł do środka a Bella jak cień wsunęła się za nim nie zauważona.
W pomieszczeniu było już z pięćdziesiąt osób w tym sam Lord Voldemort. Półmrok ułatwił nastolatce schowanie się w koncie i z stamtąd dokładny przebieg całego zebrania i ocenienie swojej sytuacji.
    - Malcolmie melduj – przemówił zimny głos.
    - Wszystko zgodnie z planem. Dziewczyna z pewnością niedługo będzie próbowała uciec – zdanie owo wypowiedział mężczyzna za, którym Bellatrix tutaj przyszła. Pomyślała, że śmierciożercy jej nie doceniają.
    - W takim razie świetnie – klasną w dłonie i zapalił kilka dodatkowych świec rozświetlając środek pomieszczenia. Rogi pustego pokoju cały czas pozostawały bezpieczną ciemną kryjówką. - Jak ją złapiecie macie przyprowadzić prosto do mnie.

Nic więcej nie było godne uwagi. Omawiali ostatni nieudany napad na Dumbledora i TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ stwierdził, że ma nowy plan jednak powie go tylko kilku nielicznym osobą, których on będzie dotyczył. Czarodzieje zaczęli opuszczać salę, dziewczyna wmieszała się w tłum i także wyszła. Ruszyła biegiem do sali w której się obudziła, okazało się że bardzo dobrze pamięta drogę. Postanowiła nie dać tym ludziom satysfakcji z tego, że przewidzieli czyjeś kroki. Po pięciu minutach, kiedy to jej oddech zdążył się już uspokoić do pomieszczenia wszedł brązowo włosy przystojny mężczyzna. Nie zauważył jej, podszedł do jednego z regałów z książkami, wyją pierwszą z brzegu a regał zamienił się w barek z Ognistą Whiskey. Pociągną spory łyk mocnego trunku prosto z butelki. Usiadł na fotelu niedaleko, który pojawił się po wyjęciu innej książki z regału po lewej stronie barku. Wypił już z połowę butelki gdy nagle uświadomił sobie, że ktoś się mu przygląda. Zza oparcia kanapy wystawała para ciemnobrązowych prawie czarnych, przestraszonych oczu.
    - Więc jednak nie próbowałaś uciec? - zapytał ciepłym głosem zupełnie nie przypominającym tego szorstkiego, którym posługiwał się przy większości ludzi.
Dziewczyna w odpowiedzi pokiwała tylko przecząco głową. Voldemort uśmiechną się pobłażliwie. W żołądku nastolatki coś podskoczyło. Nie była pewna co spowodowało to nagłe ożywienie jej układu pokarmowego wiedziała jednak, że ma to coś wspólnego z tym uśmiechem.
Wszystko wydarzyło się tak szybko a jednak jak w zwolnionym tempie. W jednej chwili przyglądała się mężczyźnie zza kanapy a w drugiej piła z nim wino skrzatów, gdyż Voldemort zrezygnował z Whiskey. Bella nigdy nie dowiedziała się dlaczego. Kolejnym punktem programu była romantyczna muzyka, zgaszenie światła i kilka świec nadających wnętrzu romantyczny i upiorny nastrój. Tak taki wieczór był zdecydowanie spełnieniem marzeń Belli, dokładnie w takich okolicznościach chciała stracić swoją cnotę i niewinność. Co do kolejnych wydarzeń, lepiej ich nie podglądać. To przecież ich prywatne sprawy.

To wydarzyło się tak dawno, a ona nadal pamiętała jak by to było wczoraj. Miłe uczucia które temu towarzyszyły nie opuszczą jej do końca życia. Gdyby tak mogła ożenić się z Tomem a nie Rudolfem, jej życie było by o wiele prostsze. Niestety musiało być ciężkie i skomplikowane. Stała przed drewnianymi drzwiami, zawahała się. Nie była pewna czy jest gotowa na to spotkanie. Jednak jeśli teraz tego nie zrobi już nigdy może nie mieć do tego okazji. Zapukała, drzwi otworzył jej mężczyzna o brązowych włosach oraz czekoladowych tęczówkach. Przez siedem lat ich wspólnej znajomości zdążyła już wiele razy zapatrzeć się w jego oczach, zawsze jednak było to dla niej wspaniałym uczuciem. Stała przed miłością swego życia, przed mężczyzną, z którym to przestała być cnotką. Były to dla niej wspaniałe i jednocześnie krępujące wspomnienia. Gdy zdawała sobie sprawę z tego, że On jest w wieku jej ojca. Cóż miłość nie wybiera.
    - Witam Bello – uśmiechną się łobuzersko – Widzę że kokieteryjna jak zawszę.
Dwudziestotrzyletnia kobieta zarumieniła się. Uwielbiała niegrzeczne a zarazem takie dystyngowane komentarze Riddla. Tom miał rację Bellatrix zawsze ubierała się w czarne podkreślające talię i biust krotkę sukienki zazwyczaj z koronkowymi wykończeniami. Do tego stroju dzisiaj ubrała elegancką pelerynę i glany. Cały czarny stój idealnie kontrastował z jej niemal białą karnacją. Jedynie pełne usta miały barwę ciemnej czerwieni. Był to ich naturalny odcień dzięki czemu ich właścicielka mogła zaoszczędzić na kupowaniu pomadek. Nieuporządkowane jak zawsze loki związane zostały w niesfornego, długiego kucyka. Pojedyncze loczki co jakiś czas opuszczały gumkę i wpadały ich właścicielce na oczy. Denerwowały ją i często groziła im obcięciem, nigdy nie dotrzymała obietnicy. Wśród loczków chodziły plotki, że za bardzo je lubi. Weszli do pokoju. Był to ten sam pokój w którym jako szesnastolatka ocknęła się po feralnym spotkaniu jej ojca z obecnym wybrankiem jej serca. Wystrój przez siedem lat nie zmienił się ani trochę. No może teraz zapalone było więcej świec.
    - Tom – zaczęła niemal z płaczem kobieta – musimy poważnie porozmawiać.
    - Wiem.
    - O tym, że musimy porozmawiać, czy o tym o czym chcę z tobą porozmawiać?
    - Bello jesteś jedną z nielicznych osób które potrafią mnie oszukać – powiedział tonem jak by tłumaczył komuś bardzo tępemu coś co jest bardzo proste. Bella wzdychnęła.
    - Ja – zawahała się – ty wiesz, że nie możemy nigdy być... - przerwał jej, nie pozwolił dojść do słowa, które miało zrujnować ich wspólnie przeżyte chwile.
    - Wiem. Jednak razem możemy... - tym razem ona nie dała mu dokończyć.
    - Nie możemy.
Wyszła z pokoju. Po jej policzkach spływały łzy. W gumce znajdowały się już tylko co spokojniejsze włoski. Nie miała siły.
Szła ciemna ulicą, drogi nie rozświetlała jej żadna latarnia. Jak by całe światło nagle wyparowało z planety. Na tej ponurej uliczce znajdowało się jej obecne miejsce zamieszkania. Juto miało się to wszystko mienić. Miała zamieszkać w rezydencji Lestragów jako żona Rudolfa. Nienawidziła go, przyprawiał ją o mdłości. Był w prawdzie przystojny ale mimo iż miał dwadzieścia-cztery lata wciąż zachowywał się jak nastolatek. Ona wolała mężczyzn dojrzałych takich jak Voldemort. Wzięła szybki prysznic. Była zmęczona tym dniem, chociaż nie robiła dzisiaj nic co mogło by pozbawić ją siły, no może z wyjątkiem tej rozmowy z Tomem. Tak to ta rozmowa z pewnością ją tak wykończyła.
Zasnęła momentalnie.

Podążała do ołtarza kurczowo trzymając się ręki ojca aby nie upaść. Wzrok wbiła w urzędnik. Postanowiła unikać wzroku przyszłego męża. Na białych krzesłach siedziało mnóstwo gości. Cała uroczystość odbywała się na łące w pobliżu lasu. Panna młoda rozejrzała się dyskretnie, nigdzie nie zauważyła Toma. Potknęła się o długa suknie suknie i była by upadła gdyby nie złapała się ręki ojca oboma dłońmi. Przez ułamek sekundy jej wzrok padł na jej przyszłego męża. Ujrzała brązowe włosy i czekoladowe tęczówki.
    - To nie możliwe – wypowiedziała szeptem. Nikt jednak nie wydawał się tym faktem zdziwiony, nikt oprócz Bellatrix.
    - Bello, Bello – usłyszała głos swojej siostry Narcyzy. Spojrzała się w jej strone, była ona jednak całkowicie pochłonięta rozmową z Lucjuszem Malfoyem. Z pewnością nie mogła jej wołać.
    - Bellatrix! - znowu ten głos. Poczuła jak ktoś szarpie ją za rękę. Nikogo jednak nie zauważyła. Dotarła już do ołtarza i jej ojciec odszedł w stronę ławki.
Stanęła przed Voldemortem. Rozejrzała się i nagle z przerażeniem krzyknęła. Za kwitnącym bzem stał wilkołak z blond włosami jej siostry. Mrugnęła kilka razy, wilkołak przemienił się w jej siostrę.
    - Cyziu – wydała zduszony dźwięk.
    - Jestem tu. Bello otwórz oczy – poprosiła. Kobieta jednak nie wiedziała o co jej chodzi. Miała otwarte oczy i wszystko widziała normalnie. O co więc mogło chodzić jej siostrze?
Mrugnęła jeszcze kilka razy i jej oczom ukazał się pokój. Mała komoda dwoje drzwi, stare lustro i Narcyza Black.
    - Nareszcie się obudziłaś – mruknęła blondynka – O czym śniłaś? Krzyczałaś.
    - Krzyczałam? - było to dla niej zdziwieniem. Dlaczego miała by krzyczeć kiedy był to jeden z najpiękniejszych snów w jej życiu. No właśnie snów.
    - Nie ważne. Przez to, że nie chciało Ci się wstać mamy tylko sześć godzin do przygotowania Cię na ślub.
    - My? - Bella uniosła sceptycznie brwi.
    - Tak, my – do pomieszczenia weszła Druella Black.
    - A no tak, zrobicie ze mnie porcelanową lalkę. Poczekajcie tylko wyłączę sobie mózg – mruknęła zrezygnowana panna młoda.
Przez kolejne sześć godzin była zdobiona przez siostrę i matkę. Gdy pół godziny przed godziną trzynastą (chociaż Bella wolała ją nazywać godziną utraty wolności) blondynki skończyły przygotowania brunetki do ślubu, kobieta nie mogła siebie poznać. Stanęła przed lustrem i wpatrywała się w obce odbicie. Miała na sobie długą białą, tiulową suknię. Jedno ramiączko połączone było z gorsetem. Po przyozdabiane różami i perełkami. Białych, bardzo nie wygodnych szpilek nie było widać z pod sukni. Kobieta zastanowiła się czy coś by się stało gdyby zdjęła buty i do ołtarza ruszyła na boso. Zrezygnowała z tego pomysłu, ponieważ jej siostra od razu by zauważyła o ona nie chciała znosić jej narzekania.; Czarne loki splecione zostały w warkocz i delikatnie upięte w eleganckiego koka. Całość zdobiła stara niebieska spinka po babci Druelli Black.

Szła prowadzona przez ojca do ołtarza na końcu białego namiotu w którym to odbywała się ceremonia ślubna. Za nią podążała jej siostra, Narcyza i przyjaciółka blondynki Alicja jako jej druhny. Na krzesłach ustawionych w rzędach na długości całego namiotu siedziały bardziej lub mniej znane Bellatrix osoby. Wśród gości rozpoznała swojego kuzyna Evana Rosiera oraz Syriusza i Regulusa Black. Zauważyła większość żyjących członków rodu Black i Rosier, a także Lestrange i ich znajomi. Większości twarzy nie rozpoznawała.
Przy ołtarzu stał Rudolf jego brat jako świadek oraz jego rodzice. Stał tam również urzędnik Ministerstwa Magii, który z pewnością miał im udzielić ślubu. Pani Black była szczęśliwa, że jej pierworodna w końcu wychodzi za mąż i to za mężczyznę z czystą krwią. Andromeda, młodsza siostra Belli dwa lata temu została żoną szlamy dzięki czemu doprowadziła swoją matkę do depresji, z której kobieta otrząsnęła się dopiero kilka miesięcy temu. Dzisiaj nie przypominała tej osoby, była uśmiechnięta a jej oczy świeciły iskierkami radości a nie łzami. Miała na sobie liliową suknie na ramiączkach. Włosy pozostały rozpuszczone jednak zakręciła je w leciutkie loki, z pewnością za pomocą zaklęcia. Dzisiaj nikt by jej nie posądził, o to że przechodziła depresję. Wręcz przeciwnie, pomyślał, by iż jest kobietą pełną życia, której wszystko układa się tak jak zaplanowała.

Bellatrix stanęła przed Rudolfem. Wpatrywała się w mężczyznę u dzielącego im za chwile ślubu. Bała się tego co zaraz ma nastąpić. Musiała złożyć przysięgę, ożenić się z mężczyzną który był dla niej nikim,brzydziła się go. Zaczęła błądzić wzrokiem po gościach, chcąc wyszukać czekoladowych tęczówek. Nie napotkała ich niestety na swojej drodze. Zrezygnowana powróciła wzrokiem na urzędnika. Przemówił on skrzekliwym głosem.
    - Zebraliśmy się tu dziś aby połączyć węzłem małżeńskim tych oto dwoje, młodych ludzi – słowa zostały powitane długim aplauzem ze strony publiczności – Rudolfie Lestrange... Czy przysięgasz miłość, wierność i oddanie oraz że nie opuścisz aż do śmierci wybranki swojego serca, Bellatrix Black?
Zapadła cisza. Pan młody analizował przez chwilę słowa w głowię. Dobrze wiedział co ma powiedzieć jednak grał na czas budując napięcie wśród zebranych, nie wtajemniczonych w plan swatania ich dwojga.
    - Przysięgam – zebrani jak by na zawołanie wypuścili z płuc głośno powietrze.
    - Bellatrix Black... Czy przysięgasz miłość, wierność i oddanie oraz że nie opuścisz aż do śmierci wybranka swojego serca Rudolfa Lestrange?
W głowię kobiety trwała wojna myśli. Miała ochotę uciec spod ołtarza. Spuściła wzrok w miejsce gdzie powinny być jej stopy zobaczyła jednak tylko biały tiul sukni ślubnej. Wiedziała, że wszystkie spojrzenia utkwione są właśnie w niej. Napięcie unoszące się w powietrzu. Wstrzymane oddechy wszystkich w namiocie.
    - Nie rób tego – usłyszała głosik w swojej głowię – przecież tego nie chcesz.
    - Ale musisz to zrobić – mówił drugi.
    - Nie kochasz go. Zmarnujesz sobie życie – próbował ją przekonać pierwszy.
    - Zmarnujesz trudy rodziców – drugi nie dawał za wygraną.
    - A co ją obcho...
    - Przysięgam! - stanowczo powiedziała Bellatrix przerywając walkę myśli. Nastąpił głośny aplauz po którym jeszcze raz odezwał się prowadzący uroczystość.
    - Czy jest ktoś przeciwny temu związkowi?
Wszyscy byli przekonani iż ten moment zostanie przemilczany, iż nikt się nie odezwie. A na pewno nie on.
Z krzesła na samym końcu namiotu podniósł się mężczyzna o brązowych włosach i czekoladowych tęczówkach. Bella wszędzie rozpoznała by te oczy, należały one do...
    - Ja Tom Marvolo Riddle sprzeciwiam się temu małżeństwu!
Salą wstrząsnęło zdziwienie i niepokój. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu akcji. Czarnowłosa kobieta stojąca przy ołtarzu spojrzała się prosto w brązowe oczęta. Zapomniała na chwilę o całym świecie. Chciała wskoczyć mu w ramiona, pocałować go. Nie mogła tego jednak zrobić. Czuła euforie, wściekłość i smutek. Z jej oczu po płynęły łzy a Voldemort kontynuował.
    - Czy dwójka ludzi którzy się nie na widzą mogą zawrzeć pakt miłości?
    - Tak! - histeryczny, krzyk wydobył się z gardła Druelli Black – Może! Związki prawdziwych czarodziei zawsze są ustawiane i nie było jeszcze znanego mi przypadku aby któreś z tych małżeństw zostało zawarte z miłości!
Kolejna fale zdziwienia przeszła przez zebranych. Cygnus Black wyglądał jak by go zamurowano a uprzednio trafiono zaklęciem powodującym konfuzję. Wydaje, się że każdy by tak wyglądał gdyby nagle usłyszał od swojej drugiej połówki iż żyła z nim ponad dwadzieścia lat, miała z nim dzieci i wcale go nie kochała! Przecież to przeczyło wszelkim ideologiom wspólnego życia.
    - Rozumiem wiele rzeczy, ale tego akurat nie – TEN-KTÓREGO-IMIENIA-NIE-MOŻNA-WYMAWIAĆ był kompletnie zdezorientowany.
    - To proszę przeczytać sobie książkę o rodach czarodziei czystej krwi i wyjść stąd – blondynka była niezadowolona wystąpieniem ciemnowłosego. Wcześniej wymieniony nie opuścił namiotu jednak usiadł na swoim poprzednim miejscu.
Dwudziestoparolatka w białej sukni stała na ołtarzu cały czas utrzymując kontakt wzrokowy z Riddlem. Była zadowolona z tego, że przyszedł, wsparł ją w tej trudnej chwili. Przeszkadzało jej jednak iż chciał nie dopuścić do jej ślubu z Lestrangem. Nienawidziła go, ale teraz z pewnością straci resztki wolności, które jej pozostawały jeszcze przed pięcioma minutami.
    - Skoro nikt nie ma nic przeciwko – zaskrzeczał, uśmiechnięty od ucha do ucha pracownik Ministerstwa – ogłaszam was małżeństwem i pozwalam się pocałować.
Młodzi zbliżyli do siebie głowy i delikatnie i krótko niemal nie dotykając swoich warg się pocałowali. Mimo iż trwało to tylko kilka sekund Bellatrix omal nie zwróciła śniadania. Przeraziła się iż ma z nim spędzić resztę życia. Tak bardzo chciała by na miejscu Rudolfa był Tom z którym aktualnie i aż do końca imprezy utrzymywała kontakt wzrokowy.
Próbowała się upić, jednak miała bardzo silną głowę i nawet kiedy większość gości była już nieprzytomna jej nawet nie kręciło się w głowie. Wszystko po to aby nie pamiętać tego dnia, jej starania poszły niestety na marne. Nad ranem kiedy to już większość na czele z jej mężem już posnęli na siedzeniach mogła wreszcie porozmawiać sam na sam z miłością życia.
Niedaleko namiotu stał dom rodziców Rabasiana i jego brata. Kochankowie znaleźli wolny pokój, zamknęli go zaklęciami i zaczęli rozmowę. Była to dla nich trudna sytuacja. Bella musiała wytłumaczyć ukochanemu że nie mogą teraz utrzymywać żadnej znajomości. Chodziło głównie o to że jest spalony u wszystkich będących na ślubie. Nie było innej rady, potajemne spotkania mogły by zostać zbyt szybko odkryte a otwarta znajomość czy romans źle przyjęty przez społeczeństwo.
Zapadła cisza, żadne z nich nic nie mówiło. Decyzja została podjęta, muszą zerwać kontakty. Pożegnanie, na pewno nie takie jak na nieznajomych przystało. Delikatne subtelne pocałunki nie w policzki a w usta. Ręce zaplątane we włosy. Usta mężczyzny opuszczają bezpieczne granice warg mężatki i przechodzą do pieszczenia innych części ciała lubej swojego właściciela.
Tej pamiętnej nocy widzieli się po raz ostatni, a pamiątką ich krótkiej chwili zapomnienia stała się Elizabeth. Bo choć w papierach zawsze pozostawała córką Rudolfa zawsze jej ojcem był, jest i będzie Voldemort. Najgorszy człowiek jaki

W tym momencie zdanie nagle się urywa. Bez żadnego zakończenia. Elizabeth zeszyt wypada z rąk. Nie może uwierzyć w to co przeczytała. Upuszczając książkę wysuną się z niej list. Rozpakowała go i przeczytała. Zapisany był szybko i niestarannie.

Kochana Bellatrix!

Wiem, że pewnie nie chcesz mnie znać. Chcę jednak abyś wiedziała, że ja wciąż Cię kocham! Jak pewnie wiesz idę dzisiaj do Potterów, z kolei odwiedzę Rudolfa i nic nie stanie na drodze do naszego szczęścia. Pozdrów Elizabeth, wiem, że jest moją córką.
Twój na zawsze Ci oddany Tom!
Skończyła czytać list, gdy nagle drzwi się otworzyły. Staną w nich mężczyzna niski, z denka przy tuszy. Miał brudne jasne włosy i również brudne szaro-zielone ubrania. Trzymał w ręku różdżkę i rozglądał się nerwowo po pomieszczeniu.
    - Gdzie Bellatrix? - zapytał szorstko.
Dziewczynka spojrzała się na niego jak na wariata i nic nie odpowiedziała.
    - Dobra zapytam inaczej – warkną – gdzie taka w czarnych lokach, czarnej sukni w... o taka jak na zdjęciu – podszedł do biurka i wziął w rękę zdjęcie ciemnowłosej nastolatki siedzącej na kolanach starszego od siebie mężczyzny.
    - Nie wiem kto to – odpowiedziała piskliwym głosem dziewczynka
Widać było iż mężczyzna chce jeszcze coś powiedzieć jednak nie zdążył, ponieważ do pomieszczenia weszło jeszcze trzech mężczyzn jeden ten co zabrał głos o ciemnej skórze.
    - Moddy dom jest pusty chodźmy słyszałem że Longbottomowie zaginęli.
Ten nazwany Moddym nie ruszył się tylko ilustrował wzrokiem dziecko. Jego wzrok zatrzymał się na pamiętniku.
    - Daj mi to – nakazał
Dziewczynka posłusznie oddała nieznajomemu to o co prosił. Przewertował kartki oddał sowiemu kompanowi ze słowami.
    - To może być kopalnia dowodów – i wyszedł a za nim dwóch o białej skórze.
Ciemnoskóry został w gabinecie. Usiadł na podłodze w 'kwiecie lotosu' i wyczekująco wpatrywał się w drzwi. Siedział tak ponad godzinę gdy nagle usłyszał krzyki kobiety.
    - Ty jesteś nienormalny! Ten jeden jedyny raz Ci zaufałam a ty mnie zawiodłeś!
Krzyki ustają i wyraźnie słychać tupot obcasów. Do pomieszczenia wchodzi Bellatrix Lestrange w czarnej sukni i pelerynie. Jej włosy wirują we wszystkie strony a po mokrych śladach na policzkach i zaczerwienionych oczach można wyczytać, że niedawno płakała. Jej wzrok od razu pada na biurko na którym brakuje zeszytu oraz na przestraszoną córkę stojącą pod jednym z regałów z książkami. Podbiega do niej i mocno przytula mocząc jej włosy łzami. Następnie słychać trzask deportacji i w pomieszczeniu pojawia się ów blondyn który kazał oddać Elizabeth notatnik. Odrywa Bellatrix od jej córki, zakłada na jej dłoniach kajdanki. Ona bez oporu pozwala mu się wyprowadzić z budynku gdzie już czeka Rita Sketer ze swoim piórem i pergaminem aby napisać relację z aresztowania jednej z najbardziej szanującej się rodziny arystokratycznej.
    - Jak skomentujesz swoje zatrzymanie? - pyta ze sztucznym uśmieszkiem. Przed budynkiem zebrał się już tłum gapiów którzy przyszli pooglądać poniżenie wielkiej Madame Lestrange.
    - Voldemort jeszcze tu wróci! – krzyknęła. Zebrani stanęli jak wryci, niektórzy wydali z siebie mniej lub bardziej zduszone i zamaskowane piski.
    - Wymawiasz to imię? - zapytała z przestrachem Rita.
    - Jak najbardziej. A jeśli chcesz wiedzieć dlaczego, sądzę, że jeśli Alastor udostępni Ci mój dziennik znajdziesz wiele odpowiedzi na jeszcze nie zadane pytania.
Razem z aurorem deportowali się do Azkabanu gdzie będzie oczekiwała na proces.